Jesteś w: Strona główna Artykuły Zapomniana część ekspedycji Shackletona The Ross Sea Party, albo Grupa Morza Rossa

Artykuły

Powrót do listy

Zapomniana część ekspedycji Shackletona The Ross Sea Party, albo Grupa Morza Rossa

Zapomniana część ekspedycji Shackletona – The Ross Sea Party, albo Grupa Morza Rossa Ostatnimi czasy, często pojawiały się informacje o rejsach „Sladami Shackletona.” Ponieważ jednak Shackleton zorganizował 3 ekspedycje wypadałoby zaznaczyć, o którą z tych trzech chodzi. Domyślnie wiemy, że chodziło o Imperial Trans-Antarctic Expedition, czyli Imperialnej ekspedycji trans antarktycznej, zwanej popularnie Ekspedycją Endurance, która odbywała się w czasie I wojny światowej w latach 1914 – 1917. W tej chwili niejeden czytelnik ze zdziwieniem w głosie zapyta, czy aby na pewno 1917?


Przecież były już organizowane rejsy w roku 2016, w setną rocznicę zakończenia ekspedycji? Mówiąc, że ekspedycja Shackletona zakończyła się w roku 1916 wyraża się tylko część prawdy. Logistyka takiej wyprawy wymagała zaangażowania dwóch statków. Jednego, który dowoził grupę mającą trawersować Antarktydę, poczynając od strony Morza Weddella i drugiego, który dowoził inną grupę od strony przeciwnej, czyli od Morza Rossa, której zadaniem było przygotowanie w ustalonych miejscach składów żywnościowych dla trawersującej grupy, a na koniec podjęcie jej. Statkiem, który dowoził pierwszą grupę był „Endurance” – historia tej części ekspedycji jest najbardziej znana, a statkiem, który dowoził drugą grupę tzw. Ross Sea Party była „Aurora”. Historia tej grupy jest mało znana i dlatego nazywana jest czasami: „Zapomniani ludzie Shackletona”

Gdy 8 października 1916 roku w Buenos Aires, Shackleton pożegnał się ze swoimi ludźmi, szczęśliwie uratowanymi po zatonięciu Endurance w Morzu Weddella, dla nich ekspedycja była zakończona. Nie dotyczyło to jednak samego lidera ekspedycji. On musiał wyjaśnić, co dzieje się z Ross Sea Party i Aurorą? Właśnie dlatego Shackleton nie pożeglował ze swoimi ludźmi do Anglii, tylko do Nowej Zelandii. Do portu Chalmers dotarł na początku grudnia 1916 roku. Tutaj dowiedział się pierwszej części historii Grupy Morza Rossa; We wrześniu 1914 roku opuścili Londyn i popłynęli do Sydney gdzie mieli przejąć Aurorę. Pod koniec października byli na miejscu. Chaos organizacyjny, sprawił, że niektórzy z nich wycofali się z ekspedycji. W ich miejsce zostali przyjęci inni, którzy spontanicznie zapragnęli wziąć udział w wyprawie. Aurora była w stanie pozostawiającym wiele do życzenia, a w budżecie ekspedycji brakowało środków na porządne jej przygotowanie do wyprawy. Poza tym nie było już na to czasu. Z Sydney wypłynęli 15 grudnia i po tygodniu weszli do Hobart. Tutaj w pośpiechu załadowano statek. Już po dwóch dniach, 24 grudnia, (ale 3 tygodnie później niż planowano), totalnie przeładowana Aurora (stan niemal normalny na statkach ekspedycyjnych) opuściła port, zabrawszy po drodze psy z kwarantanny. Na burcie było 25 osób wraz z kapitanem Mackintoshem. 10 stycznia przybyli do zatoki McMurdo na Morzu Rossa. Bazę planowano utworzyć na wyspie Ross Island, ale lód ją otaczający uniemożliwiał podejście do brzegu. Wreszcie 17 stycznia udało się przebić przez lód i zakotwiczyć w pobliżu Kap Evans, bazy Scotta zbudowanej w 1911 roku. Okolica była ogólnie znana. Około 13 Mm na południe znajdował się Hut Point (ca. 78° S), baza Scotta z 1901 roku, z której ruszał w swoją pierwszą próbę zdobycia Bieguna Południowego. 6 Mm na północ leżał Cape Royds z bazą Shackletona, z której on z kolei ruszał on zdobywać Biegun Południowy w 1908 roku.

Plan przewidywał, że 10 osób pod przewodnictwem kapitana miało tworzyć grupą lądową. Dowództwo statku przejął I oficer Stenhouse. Meckintosh postanowił niezwłocznie zabrać się za przygotowanie składów. Byli już 3 tygodnie spóźnieni w stosunku do pierwotnych założeń i jeżeli Shackleton zacząłby trawersować Antarktydę w tym sezonie, składy byłby mu żywotnie potrzebne. Jako sezon można uważać czas między październikiem a marcem. Ernst Joyce mający największe doświadczenie polarne, (był członkiem dwóch wypraw, Scotta i Shackletona) twierdził, że najpierw trzeba zaadoptować psy do pracy, w końcu one mają ciągnąć sanie. Kapitan przeforsował jednak swoje stanowisko. Zgodnie z umową składy miały być rozstawione, co 60 mil na pełnych stopniach szerokości geograficznej (80°, 81°, 82°, 83°), ponadto najbliższy w okolicy Minna Bluff (ca.79° S) i najdalszy w miejscu gdzie lądolód dochodzi do lodowca Beardmore (83° 45‘ S.) Zdecydowano, żeby jeszcze w tym sezonie przygotować dwa pierwsze składy. W międzyczasie Stenhouse miał znaleźć bezpieczne miejsce dla przezimowania Aurory na odcinku między Kap Evans a Hut Point.

24 stycznia grupa lądowa podzielona na trzy grupy operacyjne, ruszyła do pracy. Po zrobieniu składu Przy Minna Bluff pierwsza grupa została oddelegowana do Hut Point. Dwie pozostałe grupy z poświęceniem i samozaparciem podążały dalej. Ci pierwsi mieli szczęście. Do Hut Point dotarli pod koniec lutego. Gdy 11 marca w okolicy pojawiła się Aurora skorzystali z nadarzającej się okazji podwiezienia do bazy na Kap Evans. Trzeba przy tym zauważyć, że baza na Kap Evans była stosunkowo nową bazą znacznie lepiej przygotowaną do zimowania, niż stara baza na Hut Point. W prawdzie odległość między dwoma bazami nie była aż tak wielka, ale droga lądowa między nimi była bardzo uciążliwa, a przejście po lodzie, przez dzielącą je zatokę, możliwe tylko zimą, gdy była ona zamarznięta.

Na Kap Evans żyli normalnym rytmem zimowników, prowadzili zaplanowane badania. Aurora znalazła dogodne miejsce zimowania niedaleko bazy. Kotwice były wywiezione na ląd, a sam statek wmarznięty w lód. Ze względu na niewielką odległość między bazą a statkiem i zapewnioną komunikację między nimi, większość prowiantu i wyposażenia została na statku.

W nocy 6 maja 1915 silny sztorm spowodował ruch lodu w zatoce McMurdo. Pole lodowe, w które wmarznięta była Aurora oderwało się od lądu i zerwawszy cumy ruszyło w podróż wraz z „zawartością”. Dryf trwał 10 miesięcy. W trakcie tegoż został uszkodzony ster, a okręt bez zdolności manewrowej oddany był na łaskę żywiołom. Nacierające kry uszkodziły poszycie i statek zaczął brać wodę. Załoga niemal bez przerwy pracowała przy pompach. Po przedryfowaniu około 1100 mil, 12 lutego udało im się wreszcie wyrwać z lodu, w który byli unieruchomieni, ale z paku lodowego wydostali się dopiero 14 marca. Korzystając z prymitywnych urządzeń udało im się zreperować ster i uszczelnić statek. Węgla do maszyny parowej niemal już nie było. W końcu 3 kwietnia 1916 roku, po przeżyciu trudniej do opisania Odysei, zacumowali w Chalmers. Kapitan Stenhouse był w pełni świadom tego, że „po drugiej stronie” ludzie czekają na pomoc. Ekspedycja nie dysponowała jednak środkami finansowymi, na świecie panowała wojna. Rządy Australii, Nowej Zelandii i Wielkiej Brytanii z ociąganiem zdecydowały się przeznaczyć środki na remont Aurory, i zorganizować ekspedycję ratunkową. Gdy Shackleton przybył do Chalmers spotkał się z nieprzyjazną, wręcz odpychającą atmosferą. Zarzucano mu brak odpowiedzialności w przygotowaniu ekspedycji i - nazwijmy to - „beztroskę” finansową. W ekspedycji ratunkowej Aurory mógł wziąć udział ze statusem niemal pasażera. Statek, który był formalnie jego własnością, obciążony był górą długów. W takiej sytuacji decyzyjność Shackletona w dysponowaniu nim została mocno ograniczona. W morze wyszli 20 grudnia. Na miejsce przybyli tradycyjnie już 10 stycznia. Także i teraz Aurora nie mogła dopłynąć do brzegu, od którego oddzielał ją pas lodu. Uratowani dwukrotni zimownicy dostali się na statek po lodzie. Teraz Shackleton usłyszał drugą część historii;

Po zniknięciu Aurory czwórka z Kap Evans została niemal bez prowiantu, paliwa i innego wyposażenia. 2 czerwca po lodzie zamarzniętej zatoki przybyła szóstka pozostałych towarzyszy. Opowiedzieli swoją historię; 20 lutego Mackintosh, Wild i Joyce dotarli do 80° S. założyli skład i ruszyli w drogę powrotną. Do Hut Point dotarli 25 marca i spotkali towarzyszy z drugiej grupy. Wszyscy byli skrajnie wyczerpani i mieli liczne odmrożenia. Czekali, kiedy lód w zatoce będzie na tyle silny, żeby przejść do Kap Evans. Żaden z dziesięciu psów nie przeżył.

Znacznie później okazało się, że jeszcze 5 grudnia Shackleton wysłał informację z Południowej Geoergii do Ernesta Perrisa z Daily Chronicle, że trawersowanie w tym sezonie nie będzie możliwe. Informacja ta nie dotarła do Mackintosha, mimo, że przekazanie jej było technicznie możliwe.

W bazie na Kap Evans było co robić. Trzeba było przygotować się do zimy. Szczęśliwie znaleziono rezerwy pozostawione przez ekspedycje Scotta. Polowali na foki, nie tylko ze względu na mięso, ale i na tłuszcz, który służył im, jako paliwo. W „słynnej pracowni krawieckiej Joyce’a“ szyto torby i ubrania. Przygotowywano się do zrobienia dalszych składów. Wszyscy byli świadomi tego, że od ich sumienności zależeć będzie życie grupy Shackletona.

Pod koniec zimy opracowano plan działania na kolejny sezon. Składał sią on z 3 faz. W pierwszej należało przetransportować zapasy z Kap Evans do Hut Point. W drugiej – z Hut Point do Minna Bluff. W trzeciej przygotować składy na pełnych stopniach szerokości z składem przed lodowcem Beardmore włącznie. Transport do Hut Point rozpoczęto 1 września 1915, wystarczająco wcześnie, aby mieć pewność, że lód w zatoce będzie jeszcze mocny. Po miesiącu całe zapasy i przewidziani do transportowania ludzie znaleźli się w Hut Point. Zanim przystąpili do realizacji drugiej fazy musieli przeczekać długotrwałą zamieć śnieżną. 9 października ruszyli do dalszej pracy. Byli podzieleni na 3 grupy po trzech mężczyzn. Towar załadowany został na trzy sanie. Początkowo cała dziewiątka próbowała ciągnąć zaprzęg składający się z trzech sań. Posuwali się bardzo wolno. Potem, każda trójka ciągnęła swoje własne sanie, ale poprawa prędkości była niewielka. W prawdzie mieli ze sobą 4 psy, ale nie bardzo było wiadomo jak je wykorzystać. Było ich za mało, żeby stworzyć samodzielny zaprzęg, a połączenie sił ludzkich i psich było trudnie do realizacji, ponieważ inne jest tempo ciągnięcia sań przez psy, a inne przez ludzi. W wyniku dyskusji między Mackintoshem a Joycem postanowiono, że trójka pod wodzą Mackintosha zgodnie z jego wolą, będzie sama ciągnęła sanie, a szóstka pod kierownictwem Joyce’a, będzie wspomagała się psami. Grupy się rozłączyły i działały niezależnie. Grupa Mackintosha podążyła w kierunku składu 80° S, podczas, gdy grupa Joyce’a przygotowywała skład główny przy Minna-Bluff. 28 grudnia zakończyli tą część pracy i następnego dnia byli już w drodze do składu 80° S. 31 grudnia spotkano tam grupę Mackintosha i ustalono, że kolejnym miejscem spotkania będzie 82° S, jeżeli przypadek nie zrządzi, że spotkają się wcześniej. Krótko potem w grupie Joyce’a zepsuł się jeden prymus. Joyce uznał, że grupę tą należy odesłać do bazy na Kap Evans. Dwie pozostałe trójki (Joyce’a i Mackintosha) spotkały się 9 stycznia. U Mackintosha i Spencer-Smitha widać było wyraźne odznaki wyczerpania spowodowanego pracą i szkorbutem. Wstępnie zakładano, że trójka Joyce’a zawróci po osiągnięciu 82° S. Jednak w obecnej sytuacji stało się to niemożliwe. Decyzję połączenia obydwóch grup ułatwił Mackintoshowi fakt, że jeden z dwóch prymusów zaczął szwankować. Joyce wykoncypował zaprzęg, w którym szóstka ludzi i cztery psy ciągnęły zestaw dwóch sań. Teraz wszystko szło wolniej niż planowano. Praca, którą należało wykonać pozostała ta sama, tylko siły roboczej było mniej. Zmniejszono racje żywnościowe – (dla ludzi), bo bardzo pożyteczne, wreszcie docenione psy, były jeszcze dobrze odżywiane. Spencer-Smith był tak słaby, że zdecydowano pozostawić go w namiocie z zapasem prowiantu i zabrać go w drodze powrotnej. Razem z nim pozostawiono jedne sanie.

26 stycznia osiągnięto wreszcie miejsce przewidziane na ostatni skład, przy lodowcu Beardmore niedaleko Mount Hope. Do pozostawionych zapasów w Ernest Wild, dołączył jeszcze list do brata Franka, który z Shackletonem miał trawersować Antarktydę. Ruszyli w drogę powrotną. Po 3 dniach zabrali chorego kolegę. Nie miał już sił iść samodzielnie. Musieli ciągnąć go na saniach. Krótko potem także Mackintosh musiał być ciągnięty na saniach. Wszyscy cierpieli na szkorbut i śnieżną ślepotę. 16 lutego, w odległości 16 kilometrów od składu Minna Bluff, zatrzymała ich potężna, długotrwała zamieć śnieżna. Znowu musieli czekać. Znowu zmniejszyli dzienne racje żywnościowe. Zaczęli obawiać się, że tu zakończy się ich podróż. W ostatnim akcie rozpaczy trzech z nich Joyce, Richards i Hayward zdecydowali się przedostać do składu. Wilda zostawili, aby troszczył się o chorych. Po tygodniu (2 x 16 km) wrócili z prowiantem i paliwem. Podjęli dalszy marsz. Teraz także Hayward musiał coraz częściej przysiadać na saniach. Dla 3 mniej chorych stało się niemożliwe ciągnąć trzech inwalidów. Musieli szybciej dostać sią do Hut Point. Mieli nadzieję, że Spencer-Smith będzie miał tam możliwość wrócić do sił. 8 marca Mackintosh zaproponował, że aby nie opóźniać marszu, poczeka w namiocie, aż po niego wrócą. Pozostawiono mu prowiant na 3 tygodnie i przyspieszono tempo marszu. Do Hut Point było jeszcze około 50 km. Następnego dnia zmarł Spencer-Smith. Pochowali go w lodzie i pospieszyli dalej. Joyce, Richards, Hayward i Wild dotarli do Hut Point 11 marca. Pozwolili sobie na 3 dni wytchnienia. Po zabezpieczeniu chorego Haywarda trójka pozostałych ruszyła po Mackintosha. 18 marca 1916 roku cała piątka była w starej bazie Scotta. To, czego dokonali, było niebywałym wyczynem. Wykonali swoją powinność. Mieli czyste sumienie wiedząc, że zabezpieczyli przeprawę grupie Shackletona. Dzięki spożywaniu świeżego foczego mięsa, szybko pozbyli się szkorbutu i wrócili do sił.

Życie w Hut Point upływało w bardzo prymitywnych warunkach. Chata była w bardzo złym stanie, a oni nie mieli materiałów, żeby ją naprawić. Richards napisał w swoim dzienniku, że żyli jak troglodyci. Musieli uzbroić się w cierpliwość. Pójście drogą lądową do Kap Evans nie wchodziło w grę ze względu na ukształtowanie terenu, a na przeprawa po lodzie, było zbyt wcześnie, ponieważ tafla lodowa była jeszcze zbyt świeża i za cienka. 8 marca Mackintosh obwieścił kolegom, że on i Hayward nie chcą dłużej czekać i zamierzają podjąć ryzyko przejścia do Kap Evans po lodzie. Według ich kalkulacji w ciągu 5 – 6 godzin powinni dotrzeć na miejsce. Joyce i reszta kolegów, kategorycznie im to odradzali. Mackintosh nie zmienił swojego postanowienia. Ruszyli w drogę i po niedługim czasie zniknęli z oczu obserwatorów w tumanach śniegu - … zostało tylko trzech. Dopiero 15 czerwca odważali się ruszyć w drogę przy świetle księżyca w pełni. (Był to czas nocy polarnej). Gdy przybyli na miejsce zniknęła ostatnia nadzieja. Mackintosha i Haywarda nie było. Nie było też jakiejkolwiek informacji o okręcie. Był środek drugiej zimy. Mieli pełne ręce roboty, po to tylko, aby utrzymać się przy życiu. Głównym zadaniem było polowanie na foki. Kielicha goryczy dopełniała niepewność, co z okrętem? Aurora przypłynęła tradycyjnie już niemal 10 stycznia 1917 roku. Od Kap Evans oddzielał ją znowu pas lodu Siedmiu z niegdyś dziesięcio-osobowej grupy Ross Sea Party dostało się na statek po lodzie. Do Wellington przybyli 9 lutego. Tą datę można traktować, jako ostateczne zakończenie ekspedycji. Wydarzenia w Grupie Morza Rossa były ciężkim ciosem dla Shackletona. W prawdzie nie byli oni jego bezpośrednimi podkomendnymi, ale byli członkami zorganizowanej przez niego ekspedycji. Z zaangażowaniem i narażeniem życia wykonywali wzięty na siebie obowiązek. Nie mogli wiedzieć, że w czasie, gdy trudzili się nad organizowaniem składów, trawersowanie Antarktydy zostało odwołane a grupa z Morza Weddella, po zatonięciu Statku Endurance walczyła o przetrwanie i uratowanie. Świadomość tego przytłaczała Shackletona. Musiał także zdawać sobie sprawę z tego, że przygotowanie Aurory i Grupy Morza Rossa pozostawiało dużo do życzenia, a raczej opierało się na pobożnym życzeniu, że jakoś to będzie. Członek Ross Sea Party R.W. Richards zrobił interesujące zestawienie porównując ilość dni spędzonych w trakcie podróży z saniami:

Scott, 1902/3 – 92 dni.

Shackleton, 1908/9 – 120 dni.

Scott, 1911/12 – 150 dni.

Ross Sea Party, 1915/16 – 169 dni.

Ich „tylko” pomocnicza ekspedycja, trwała najdłużej z wszystkich poprzednich, przy czym akurat oni dysponowali najbardziej ograniczonymi środkami. Przez cały czas byli świadomi tego, że od ich zaangażowania zależy przeżycie towarzyszy z grupy zasadniczej. Byli świadomi tego, że nie oni „sięgają do gwiazd”, nie oni staną się sławnymi zdobywcami. Ross Sea Party jest przykładem, obowiązkowości, poświęcenia, koleżeńskości i bezinteresowności. Ekspedycja bez trąb i werbli.

Henryk Wolski

Data publikacji: 2015-10-25




Powrót do listy
Amazonką przez równik

-Amazonką przez równik 
28.03. – 09.04.2018

Pacyfik wzdłuż i wszerz

Pacyfik wzdłuż i wszerz 2018