Jesteś w: Strona główna Artykuły Od Kopca do Góry Kościuszki mentalne zakończenie wyprawy

Artykuły

Powrót do listy

Od Kopca do Góry Kościuszki mentalne zakończenie wyprawy

Od Kopca do Góry Kościuszki – mentalne zakończenie wyprawy


Gdy w roku 2007 inicjowałem wyprawę „Od Kopca do Góry Kościuszki” na śp. s/y „Nashachata“ o Strzeleckim wiedziałem nie za wiele. Ot, że pochodził z Wielkopolski, że badał Australię i że był pierwszym, który wspiął się na Górę Kościuszko. I jeszcze jakaś afera przed-matrymonialna chodziła mi jeszcze po głowie, ale już bez szczegółów. S/y „Nashachata“ wychodziła w długi, trudny rejs. Z obecnej perspektywy widzę, że za dużo wziąłem sobie na głowę. W październiku 2008 prowadziłem odcinek z Buenos Aires przez Cieśninę Magellana na zachód, potem wokół Hornu na wschód i do Ushuaia. Tutaj jacht „Nashachata zamieniłem na replikę łodzi wielorybniczej „Fuegia” i na niej prowadziłem ekspedycję „Darwin & Tierra del Fuego“ w Kanale Beagle i na wodach Ziemi Ognistej (nazwa kanału pochodzi od okrętu HMS „Beagle”, okrętu dowodzonego przez FitzRoya, na którym Darwin odbył niemal pięcioletnią podróż dookoła świata). Ekspedycja była trudna, borykaliśmy się z wieloma przeciwnościami, a także – jakżeby inaczej, z przeciwnymi wiatrami. Po zakończeniu tej ekspedycji znowu przesiadka na s/y „Nashachata” i w drogę…najpierw Falklandy i Południowa Georgia i dalej w planach wyspy Oceanu Południowego. Na Falklandach zszedł jeden członek załogi, któremu przypomniało się, że jednak ważne sprawy rodzinno-zawodowe nie pozwolą mu kontynuować rejsu. W Grytviken, na Południowej Georgii inny członek załogi, który często korzystał ze swojej prywatnej komórki satelitarnej dowiedział się, że teść jest chory, a jego stan zdrowia na tyle ciężki, że postanowił ruszyć na ratunek. Ale na Południowej Georgii nie ma lotniska, nie ma też hotelu, gdzie można byłoby poczekać, aż pojawi się jakiś statek mogący zabrać pasażera. Szczęściem pojawił się m.v. „Hanseatic”, którego kapitanem był mój przyjaciel. Po krótkiej konsultacji z armatorem miał zgodę na awaryjne zabranie mojego członka załogi. Był jednak problem, „Hanseatic” nie płynął prosto do Ushuaia, tylko zaczynał właśnie swój antarktyczny rejs. Okazało się, że to nie było przeszkodą, w końcu teść może trochę poczekać. W trakcie manewrów portowych na odejściu Tomek zranił się szpetnie w lewą dłoń. Pani doktor, która była na stacji badawczej, zszywała mu ją zszyła mu ją starannie. To był kolejny problem, Tomka nie można było zostawić, po kilku dniach obserwacji procesu gojenia się ręki, konsultacjach i dywagacjach zdecydowaliśmy się pożeglować do Kapsztadu, skąd Tomek mógł wrócić samolotem do Polski.

W drodze kolejny członek załogi zranił się szklanką w prawą dłoń, a z nim trzeba było spieszyć się jeszcze bardziej. W prawdzie Graham opatrzył go jak umiał, ale doktorem on nie był. Dopłynięcie w wyznaczonym czasie do Australii stawało się coraz mniej prawdopodobne i wszyscy zdecydowali zakończyć rejs w Kapsztadzie. Armator zorganizował załogę, która gotowa była przylecieć do Południowej Afryki i popłynąć do Melbourne. Czasu było niewiele, chcieliśmy zdążyć na czas, na etap zabukowany z Nowej Kaledonii. Mimo wszystko po drodze udało się odwiedzić wyspy Crozet, a także wyspę Amsterdam, o której czytałem już dawno temu. W latach 1841 – 51 była ona własnością Adama Mierosławskiego, brata słynnego skądinąd Ludwika. Z tej wizyty cieszyłem się szczególnie. Gdy dopłynęliśmy do Melbourne, termin dotarcie do Noumea na Nowej Kaledonii, naglił na tyle, że nie można było nawet marzyć o wycieczce na Górę Kościuszki. Misja wysypania ziemi z Kopca Kościuszki na Górze Kościuszki została przekazana Polonusowi, Lechowi Laskowskiemu. Z przywiezieniem, lub wysypaniem ziemi różnie bywa. Pawlak z „Samych swoich” miał podobny problem, gdy przyjechał do niego brat ze Stanów po woreczek ziemi z Krużewnik. Minęły lata zanim nadarzyła się kolejna okazja popłynięcia do Australii i mentalnego zakończenia rejsu zaczętego w roku 2008 na śp „Nashachata”. W roku 2014 s/y Selma płynęła etapowo z Ameryki Południowej do Australii. Rejs odbywał się pod ogólnym hasłem ”Śladami kapitana Cooka” – trudno jest żeglować przez Pacyfik i nie trafić na ślady kapitana Cooka, ale o tym przy następnej okazji. Moją część rejsu zaczynałem na Tonga. Stąd popłynęliśmy przez Fidżi, Vanuatu, Nową Kaledonię do Brisbane w Australii. Tym razem byłem już przygotowany. Na pobyt w Australii przewidziałem 2 tygodnie. Nie jest to wiele jak na Australię, ale po tak długim rejsie było to wszystko, na co mogłem sobie pozwolić, a niebawem czekał wyjazd do następnej pracy. Tym razem moja wiedza na temat Wielkopolanina, Pawła Edmunda Strzeleckiego wzrosła niepomiernie. Okazało się nawet, że mamy „wspólnych znajomych“; Darwin, którego śladami żeglowałem w roku 2008, dotarł do Sydney na HMS „Beagle” 12 stycznia 1836 roku, a Strzelecki na barku „Justine” 10 kwietnia 1839 roku, czyli niecałe3 lata później. Gdy po latach, w roku 1845 Strzelecki opublikował w Londynie swoje wiekopomne dzieło „The Physical Description of New South Wales and Van Diemen's Land” (Fizyczny opis Nowej Południowej Walii i Ziemi Van Diemena), Darwin, w podziękowaniu za podarowany mu egzemplarz tak pisał: „Gratuluję Panu ukończenia pracy, która z pewnością kosztowała wiele wysiłku i jestem zaskoczony wielością doniosłych spraw, o których Pan pisze. Niech mi wolno będzie wyrazić żal, że nie ma tam o wiele obszerniejszych wyjątków z 'Dziennika podróży'. Mam nadzieję, że pewnego dnia zostanie on opublikowany w całości? Z całego serca życzyłbym sobie, żeby, choć czwarta część naszych angielskich autorów umiała myśleć i pisać językiem, choć w połowie tak żywym a przy tym prostym”.

Dzieło to osiągnęło światową sławę w geografii. Nasz rodak P. E. Strzelecki otrzymał za nie złoty medal Royal Geographical Society. Ten tom, liczący niemal 500 stron, spotkał się z bardzo przychylnymi recenzjami w prasie angielskiej i australijskiej. Na długo też stał się pracą fundamentalną dla wiedzy o Australii, a Strzeleckiemu zapewnił wysoką pozycję w świecie naukowym i otworzył drzwi salonów londyńskiej high society.

Logistyka i podkład teoretyczny naszego 2-tygodniowego pobytu w Australii uwzględniania 3 protagonistów: Pawła Edmunda Strzeleckiego, Josefa Conrada, no i oczywiście kapitana Cooka. W prześledzeniu peregrynacji Strzeleckiego bardzo pomogła strona internetowa Moniki i Norberta Oksza – Strzeleckich z Poznania całość prześledziła i opracowała moja towarzyszka podróży, Krystyna Meglicka.

Na ślady Strzeleckiego, lub jego działalności trafić w Australii nietrudno. Już w Brisbane piłem piwo Kosciuszko, a kelnerka niemal prawidłowo wymieniała jego nazwę. Swoją drogą, to anglojęzyczni mają pecha z tymi nazwami, bo zarówno słowo Strzelecki jak i Kościuszko są dla nich trudne do wymówienia.

W pierwszej kolejności chciałem nadrobić moralne niemal zobowiązanie z roku 2009-tego, i dostać się na szczyt najwyższej australijskiej góry, Mt. Kościuszko. Jadąc od Canberry w jej kierunku przejeżdża się przez miasteczko Cooma, przed wjazdem, do którego, znajduje się pomnik poświęcony Kościuszce, z tablicą informującą, że był to polski bojownik o wolność. W samym miasteczku mieszka daleki krewny Strzeleckiego – Les Strzelecki. Punktem wyjściowym do zdobywania góry jest miejscowość Jindabyne, w parku postawiono pomnik Strzeleckiego a w mieście można spotkać wiele nazw Kosciuszko – biuro maklerskie, restauracja itd.

Na szczycie znaleźliśmy się 09.11.2014 roku. Był to początek australijskiej wiosny, wiał silny przeciwny wiatr, po drodze trzeba było przechodzić przez pola śniegowe. Patrząc ze szczytu na okolicę u podnóża góry i na cały łańcuch aż trudno było sobie wyobrazić, w jakich warunkach podróżował nasz rodak w pierwszej połowie XIX w. Tu i wtedy nastąpiło mentalne zakończenie wyprawy „Od Kopca do Góry Kościuszki” zaczętej w 2008 roku.

Góra Kościuszki znajduje się w masywie Gór Śnieżnych (Snowy Mountains), w odległości około pięciuset kilometrów na południowy - zachód od Sydney. Kosciusko Mountain - 2228 m n. p. m. przypomina faktycznie Kopiec Kościuszki w Krakowie. Na jej szczycie znajdują się dwie tablice; Pierwsza z nich informuje, iż 15. lutego 1840 roku polski podróżnik Paweł Edmund Strzelecki, jako pierwszy biały człowiek wszedł na najwyższy szczyt Australii i nazwał go, kierując się podobieństwem tej góry do Kopca Kościuszki w Krakowie. Druga z tablic została wmurowana przez przedstawicieli polskiej placówki dyplomatycznej, w setną rocznicę pierwszego wejścia.

Dalsza trasa podróży śladami Strzeleckiego wiodła na Tasmanię. I tu kolejny „znajomy” - John Franklin, znany wielu żeglarzom z ekspedycji, która w roku 1845, na HMS „Erebus” i HMS „Terror” wyruszyła zbadać ostatecznie Przejście Północno Zachodnie. Wyprawa się nie powiodła, przepadli wszyscy, ale przedtem, w latach 1838 – 43 John Franklin był gubernatorem Tasmanii. Strzelecki przypłynął do Tasmanii na zaproszenie jego żony, Jane, którą poznał u George Gippsa, gubernatora Nowej Południowej Walii. Do Hobart wpłynął 24 lipca 1840 roku na pokładzie brygu „Emma” i krótko po przybyciu otrzymał od gubernatora list powitalny. John Franklin zaproponował znanemu już badaczowi Australii daleko idącą pomoc i wsparcie w dalszych badaniach. Strzelecki bywał gościem w jego domu. Na Tasmanii odbył 3 duże wyprawy, m. in. odkrył pokłady węgla kamiennego, opracował system irygacji terenów interioru, co szybko stało się źródłem bogactwa rolniczej Tasmanii. Jego prace w dziedzinie paleontologii i geologii do dzisiaj budzą podziw uczonych.

W grudniu 1841 roku wziął udział w dwumiesięcznej wyprawie morskiej pod dowództwem kapitana J.L. Stokesa, który w czasie słynnej 5-letniej wyprawy HMS „Beagle” dookoła świata, dzielił kabinę z Darwinem. Podczas wyprawy badano wyspy w Cieśninie Bassa (cieśninie między Australią a Tasmanią). Na Wyspie Flindersa Strzelecki wspiął się na najwyższy szczyt, który potem Stokes nazwał Strzelecki Peaks.

Na Tasmanię mieliśmy przeznaczony tydzień, trudno w tym czasie prześledzić wszystkie miejsca, gdzie przebywał Strzelecki, tym bardziej, że podróżnik spędził tu 2 lata, a podróżach swoich często posuwał się zygzakiem. Z Hobart pojechaliśmy na północ drogami interioru, a z powrotem wzdłuż wschodniego wybrzeża. Odwiedzaliśmy miasteczka, w których przebywał Strzelecki i gdzie jeszcze teraz można było odczuć ducha tamtejszej epoki i choć trochę wyrobić sobie pogląd na temat ogromu jego badawczych wypraw. Podróż zakończyliśmy także w Hobart. Hotel, w którym mieszkaliśmy leżał bezpośrednio nad rzeką Dervent naprzeciwko zatoki Otago Bay, na której brzegu spoczywa wrak „Otago” – statku dowodzonego niegdyś przez Josepha Conrada. Okres dowodzenia nie był szczególnie długi, bo od 24 stycznia 1888 do 26 marca1889 roku, ale brzemienny w skutki literackie. W tym czasie żeglował na trasie m. in.: Bangkok – Sydney – Mauritius – Cieśnina Torresa – Melbourne – Adelaide. Doświadczenia wyniesione z tego rejsu wywarły na nim głębokie piętno. Conrad dał temu wyraz w „Smudze cienia“ i w „Zwierciadle morza” Wrak „Otago” spoczął w obecnym miejscu w roku 1931, czyli „przeżył” swego najsłynniejszego kapitana o około 7 lat. W Hobart spotkałem się z Chrisem Nelsonem, swoim dawnym towarzyszem podróży z ekspedycji ICESAIL, której celem było okrążenie Bieguna Północnego na jachcie „Dagmar Aaen”. W latach 1992 i 94 próbowaliśmy przebić się przez Przejście Północno Wschodnie, ale szczęście nam nie sprzyjało za to Chris znalazł wtedy swoje szczęście - Swietę, z którą się ożenił i do tej pory żyją szczęśliwie. W 1993, gdy przeszliśmy całe Przejście Północno Zachodnie Chrisa nie było. Także nie było go, w 2002, gdy wreszcie udało nam się przebyć Przejście Północno Wschodnie. Po tylu latach niewidzenia się rozpoznaliśmy się bez problemu, acz głowy nam w międzyczasie posiwiały. Było, co wspominać. Chris jest inżynierem obsługującym helikoptery. Na naszej wyprawie był pilotem motolotni, która była na wyposarzeniu jachtu. Z Hobart pojechaliśmy na wycieczkę samochodową na wyspę Bruny leżącej nieco na południowy wschód od Hobart. Cieśninę D’Entrceasteaux oddzielającą wyspę od Tasmanii, przebyliśmy promem. Naszym celem była Adventure Bay. Nazwa została nadana w 1773 roku przez Tobiasa Furneaux, kapitana HMS „Adventure” biorącego udział w drugiej wyprawie Cooka. Sam James Cook dowodził wtedy HMS „Resolution”. W zatoce tej kotwiczył jednak dopiero w czasie swojej trzeciej i ostatniej wyprawy w roku 1777. Słynny kapitan William Bligh, który wtedy piastował u Cooka stanowisko Sail Master (funkcja zbliżona do pierwszego oficera) odwiedził ją jeszcze 4 razy, a ostatnio jeszcze, jako kapitan HMS „Bounty”, pod koniec sierpnia 1788 roku, krótko przed wybuchem słynnego buntu. W czasie rejsu „Selmy” przecinaliśmy już wcześniej jego kilwater w archipelagu wysp Tonga. Zarówno Cook jak i Bligh kotwiczyli swe statki w tej samej zatoce i zaopatrywali statki w wodę z tej samej rzeki. Wyspy Bruny składają się z dwóch wysp połączonych z sobą naturalną groblą / mierzeją – tombolo. Prowadząc samochód przez tą stosunkowo długą drogę zastanawiałem się nad podróżami i życiem Strzeleckiego.

Po pięcioletnim pobycie Strzelecki opuścił Australię i od 1844 roku zamieszkał na stałe w Anglii. W 1860 r. otrzymał tytuł doctor honoris causa Uniwersytetu w Oxfordzie, a w 1869 r. order św. Michała i św. Jerzego, przyznany mu za "pięcioletnie badania Australii, odkrycie złota i nowych terenów przydatnych do kolonizacji, a wreszcie za sporządzenie map topograficznych i geologicznych, opartych na obserwacjach astronomicznych" - jak głosił dokument uzasadniający nadanie orderu. Brytyjska Królowa Wiktoria dwukrotnie udekorowała Go Komandorią Orderu Imperium Brytyjskiego oraz Komandorią Orderu św. Michała i św. Jerzego. Sir Paweł Edmund Strzelecki uzyskał tytuł lorda na brytyjskim dworze za to, że odkrył w Australii pokłady złota i innych metali kolorowych. Jego imieniem nazwano: pasmo górskie w południowo-wschodniej Australii w stanie Wiktoria, 2 szczyty, jezioro I rzekę w Australii. Jego nazwisko znalazło się też w nazwach gatunkowych roślin i zwierząt. Po studiach na temat Strzeleckiego pokusiłem się o sformułowanie, że Paweł Edmund Strzelecki, to polski Alexander von Humboldt.

Nieco później trafiłem na informację, że Historiografia nauki XIX wieku (John Reynolds, Bernard Cronin) stawia go na równi z tak wybitnymi naukowcami tego wieku jak Humboldt, Franklin, Darwin i Wallace.

Czy Strzelecki był żeglarzem?

Z pewnością nie, ale był pierwszym Polakiem, który odbył indywidualną podróż naukową dookoła świata. Uświadomiłem to sobie 16 listopada 2014 r., jadąc samochodem na mierzei łączącej dwie części wyspy Bruny.

Henryk Wolski





Powrót do listy
Amazonką przez równik

-Amazonką przez równik 
28.03. – 09.04.2018

Pacyfik wzdłuż i wszerz

Pacyfik wzdłuż i wszerz 2018