30 lat Concept Sailing – 2019
Gdy pięć lat temu pisałem w Editorial o ćwierćwieczu Concept Sailing, nie sądziłem, że kolejne 5 lat przyniesie aż taki plon. Ale rok po roku było coś nowego, o czym z resztą informowałem na bieżąco. Teraz dla porządku zrobię drobne resume, ale nie od samego początku, tzn. od 1989, tylko za ostatnie 5 lat. A zatem;
W 2014 Concept Sailing obchodziło 25 lat istnienia, znaczy żeglowania z konceptem.
W tymże roku żeglowałem na „Selmie” z wysp Tonga do Australii. W trakcie rejsu odwiedziliśmy kilka miejsc odwiedzanych przez kapitana Jamesa Cooka, ale żeglując po Pacyfiku wręcz trudno nie trafić na jakieś miejsce, którego nie odwiedziłby Cook podczas jednej ze swoich trzech wielkich podróży. Właściwe Concept Sailing zaczęło się w Australii. Krystyna przygotowała szczegółowy program podróży śladami Strzeleckiego. Wspólnie zdobyliśmy Górę Kościuszki i wspólnie przejechaliśmy Tasmanię odwiedzając miejsca pobytu Strzeleckiego. Wtedy, na Tasmanii oświeciło mnie! To przecież Strzelecki był pierwszym Polakiem, który opłynął Ziemię. Nie jako żeglarz, ale jako podróżnik naukowiec.
(Patrz Od Kopca do Góry Kościuszki)
Na rok 2015 było zaplanowane przepłynięcie „Selmą” południowego Pacyfiku z Nowej Zelandii do Ushuaia. Plany „Selmy” się zmieniły i niemal w ostatniej chwili przyjąłem propozycję wzięcia udziału w rejsie rosyjskim lodołamaczem „50 ЛетПобеды” – 50 Lat Zwycięstwa, do Bieguna Północnego. W ten sposób 21 czerwca 2015 roku w dzień przesilenia letniego znalazłem się na Biegunie Północnym. (Patrz: North Pole – Biegun Północny)
To nie było wszystko. Ponieważ, na rejs „Selmą” miałem zarezerwowane dużo czasu, powstały tzw. wolne moce przerobowe.
Concept Sailing inaugurowałem w 1989 rejsem do Fastnet Rock, ale zaraz potem odbyła się seria rejsów śladami Odyseusza. Po Morzu Śródziemnym oczywiście, ale i dookoła Anglii. (Taka interpretacja jego rejsów też istnieje, ale nie jestem jej zwolennikiem). Mimo tego, że Morze Śródziemne było już przeze mnie spenetrowane, nie byłem jeszcze we wszystkich miejscach przypisanych Odyseuszowi. Teraz był czas, żeby po rejsie z przyjaciółmi, (Fam. Hundhammer), samochodem spenetrować Sycylię i Kalabrię.
Tego samego roku, po kolejnym rejsie w Turcji dotarłem wreszcie do Troi.
Nie znaczy to, że temat podróży Odyseusza został kompletnie wyczerpany, ale na pewno doprowadzony do znaczącego punktu.
W roku 2016 Concept Sailing zaczęło się już w lutym od dawna przygotowywaną wyprawą „Belgica”, kolebka naukowców i odkrywców”. Tym razem pływaliśmy kajakami po wodach antarktycznych. Inspiracją był rejs „Belgici“(1897 – 99), w którym brało udział dwóch Polaków, przyszłych profesorów; Henryk Arctowski i Antoni Dobrowolski. „Belgica” była też pierwszym statkiem, który zimował w Antarktyce. (Patrz: „Belgica”, kolebka naukowców i odkrywców).
Inną inspiracją do tego rejsu było odkrycie Tomka Zadróżnego w archipelagu Melchior w roku 2003, w którym miałem też pewien udział.
Rok 2017 wreszcie przepłynięcie Pacyfiku, tyle, że już nie na „Selmie” a na „Agens” jachcie moich niemieckich przyjaciół Karla i Anny Hundhammer. Z „panną Krysią” dosiedliśmy się do nich w Colon/Panama w marcu. Po przepłynięciu Kanału Panamskiego pożeglowaliśmy na Galapagos. Na Wyspę Wielkanocną zdążyliśmy jeszcze w czasie tygodnia wielkanocnego. Odwiedziliśmy Pitcairn i Tahiti oczywiście. Rejs zakończyliśmy w Australii w Cairns. Dalej właściciele popłynęli sami, a my samochodem do „pępka” Australii słynnej skały Uluru, a potem do Darwin.
To był swojego rodzaju wyczyn. Trasa wynosiła około 5100 km (ponad 400 km więcej niż z Moskwy do Lizbony). Mieliśmy na to 10 dni, ale opłaciło się. Widzieliśmy Australię od „wewnątrz” Outback.
(Patrz: Rok 2017, albo o tym, jak Enrique (Henryk) opłynął świat).
Na 2018 zaplanowany był rejs śladami Strzeleckiego na „Lady Dana”. To długi rejs przez Pacyfik, można powiedzieć wzdłuż i wszerz. Plan udało się zrealizować po części, raczej wszerz, czyli z południa na północ. Strzelecki żeglował z Valparaiso na Hawaje a potem na Tahiti. My też planowaliśmy zacząć rejs z Valparaiso, ale zaczęliśmy daleko bardziej na południe, w Puerto Mont. Bo jacht z zepsutym silnikiem tylko tak daleko mógł dojechać. Zatem nasz rejs zaczął się od reperacji silnika. Z Puerto Montt przez archipelag Juan Fernandez (wyspa Robinsona Crusoe) dopłynęliśmy do Wyspy Wielkanocnej. Dalej na Markizy, gdzie odwiedziliśmy wyspę Fatu Hiva. Thor Heyerdahl wraz ze swoją żoną Eve próbowali żyć tam z dala od cywilizacji, zgodnie z naturą, (niezupełnie im to wyszło). Tam też powstała idea rejsu „KonTiki”. Markizy zdawały się od dawna przyciągać ludzi chcących uciec przed cywilizacją. Przed Hayerdahlem osiedlił się tam Paul Gaugin, a w niemal współczesnych czasach Jacques Brel. Na Hiva Oa odwiedziliśmy ich groby i poświęcone im muzea.
Kolejny etap prowadził na Kiritimati – Wyspę Bożego Narodzenia (kapitan Cook spędził tu Boże Narodzenie 1777). Jednak w tym wypadku nie Cook inspirował nas do dowiedzenia tej wyspy. Naszym celem była wioska o nazwie Poland. Dotarliśmy tam akurat wtedy, gdy uczniowie tamtejszej szkoły, ubrani na biało–czerwono, maszerowali przy dźwiękach muzyki. Trenowali do parady mającej odbyć się za kilka dni z okazji dnia niepodległości.
Na Hawaje polecieliśmy już samolotem i zrealizowaliśmy program turystyczny według wskazówek z Kiribati Club. (Patrz: To był diabelnie długi rejs, Najdłuższy z rejsów, jakie znam, Mil sto tysięcy, może ciut mniej. – To był diabelnie długi rejs.)
Wioska Poland na Kiritimati to inspiracja do kolejnego projektu w ramach fundacji Poland helps Poland (Patrz www.poland-helps-poland.pl )
„To był diabelnie długi rejs, Najdłuższy z rejsów, jakie znam, Mil sto tysięcy, może ciut mniej. – To był diabelnie długi rejs.”
Tak właśnie kojarzy mi się miniony sezon żeglarski. Startować mieliśmy z Chile i to się udało, tyle, że jacht nie dotarł do Valparaiso, a daleko dalej na południe do Puerto Montt. Przyczyną takiego stanu rzeczy była awaria silnika. Wyglądało na to, że wspólnie z Piotrem szybko poradzimy sobie z awarią, ale tak się nie stało. Po długich korowodach wyszliśmy w końcu z ponad 2-tygodniowym opóźnieniem a sukces, – jeśli o sukcesie można jeszcze mówić – zawdzięczaliśmy po części Rudolfowi, chilijskiemu członkowi załogi, który przyjął na siebie rolę tłumacza/ załatwiacza. Naszym celem były Hawaje, na których był przewidziany 1- tygodniowy program lądowy. Rejs był podzielony na cztery etapy; na Wyspę Wielkanocną z Wyspą Robinsona Crusoe (Juan Fernandez) po drodze, potem do Markizów, do Kiritimati (Wyspa Bożego Narodzenia, ze znajdującą się na niej wioską Poland) i na koniec na Hawaje. Przy zaistniałym opóźnieniu realizacja całego programu okazała się niemożliwa, ale po wykonaniu niezłej gimnastyki mózgowej udało się wszystko przesunąć o 2 tygodnie i zakończyć rejs na Kiritimati, a na Hawaje polecieć samolotem i wstrzelić się w zabukowany uprzednio program. Oczywiście całość związana była z przebukowywaniem i kupowaniem nowych biletów. Nie wszyscy, którzy zapisali się na rejs mogli wpisać się w nową rzeczywistość. Z Puerto Montt wystartowaliśmy w cztery osoby. Dobrze, że Kaziu wykazał dużą elastyczność i dał się namówić na start z Puerto Montt zamiast z Wielkanocnej, bo we trójkę, bez autopilota byłoby trudno. W czwórkę też nie było łatwo. Na półkuli południowej była to już późna jesień. Na Wielkanocną halsowaliśmy przeciw silnym zachodnim wiatrom i przyszliśmy z opóźnieniem. Michał czekał jednak na nas cierpliwie z zapasowymi częściami, a szczególnie z tymi do autopilota. Osobiście postawiłem nogę na lądzie na 15 minut, ale nie cierpiałem z tego powodu, byłem tam w zeszłym roku. Żegluga na Markizy była już dużo przyjemniejsza, byliśmy w piątkę i mieliśmy działającego autopilota. Na Markizach high light‘ em była wyspa Fatu Hiva znana z książki Thora Hayerdahla o tym samy tytule, co nazwa wyspy. Także na Markizach dosiadło dwóch kolejnych członków załogi. Do Kiritimati dotarliśmy bez większych problemów oczywiście biorąc pod uwagę, że wszystkie te etapy były długimi oceanicznymi rejsami.
Po drodze gościł u nas oczywiście Neptun wraz ze swoją prześwietną małżonką Amfitrytą.
Do wioski Poland pojechaliśmy samochodem z prezentami dla tamtejszej szkoły zakupionymi według sugestii szefa organizacji „Poland helps Poland” (laptop, projektor multimedialny, drukarka). Nie byliśmy tam zapowiedziani. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zbliżając do szkoły usłyszeliśmy głośną muzykę i zobaczyliśmy maszerujące w jej takt dzieci, ubrane na biało czerwono. Po chwili okazało się, że trenują do występów z okazji 39 rocznicy uzyskania niepodległości. Był to dla nas naprawdę niesamowity zbieg okoliczności. Choćby dla tego samego i dla Fatu Hiva opłacił się ten długi rejs. Hawaje też były interesujące, acz nie należy tam szukać Polinezji, choć stanowią one jej północno wschodni cypel.
Na Kiritimati jacht Lady Dana przejął od nas przedstawiciel właściciela, Lechu. Nowa załoga przyleciała tego samego dnia, kiedy my odlatywaliśmy. Popłynęli prosto na Kamczatkę, a stamtąd przez Przejście Północno – Wschodnie. Tak Lady Dana okrążyła glob w bardzo nietypowy sposób… To był diabelnie długi rejs…
Rok 2017, albo o tym, jak Enrique (Henryk) opłynął świat.
Mikołajki już za nami. Rok 2017 zbliża się jednoznacznie ku końcowi. Dobry czas na podsumowanie. Kiedyś robiłem takie, co roku. Było to jeszcze wtedy, gdy sezon żeglarski zaczynał się wiosną, a kończył jesienią (na naszej półkuli). Teraz nie ma już takiego ograniczenia, żeglujemy na innych akwenach i możemy to robić cały rok. Zatem podsumowanie nie musi ograniczać się do roku kalendarzowego, wymaga innych kryteriów, np. zamknięcie jakiegoś projektu. Tak było w bieżącym roku 2017, który był dla mnie szczególny, rachunkowo krótszy o 2 dni. Nie było w nim dla mnie 31 stycznia i 16 czerwca. Jak to jest możliwe? Fachowcy wiedzą, że podróżując dookoła świata w kierunku na zachód traci się jeden dzień, a na wschód jeden dzień się zyskuje. Nasza cywilizacja zetknęła się z tym fenomenem po raz pierwszy w roku 1522. Doświadczyli tego członkowie załogi statku Viktoria, uczestnicy wyprawy Magellana dookoła świata. Że coś nie jest w porządku z kalendarzem, zauważyli już na portugalskich Wyspach Zielonego Przylądka, ale tam nie było czasu na teoretyczne rozważania, tam grali o przeżycie. Dopiero w Hiszpanii wyjaśniono przyczynę rzekomego błędu rachunkowego. Do ekspedycji Magellana jeszcze wrócę.
Inną, znaną z literatury osobą, którą zaskoczyła ta reguła, był Philieas Fogg, bohater powieści Juliusza Verne „W 80 dni dookoła świata”. Angielski dżentelmen podróżował jednak na wschód i jemu przybył jeden dzień, o czym on sam nie wiedział i byłby przegrał zakład, gdyby nie szybka akcja jego służącego Passepartout, który w ostatniej chwili przywiódł go na umówione miejsce spotkania.
O służącym/niewolniku, będzie jeszcze mowa w dalszej części tej rozprawki.
Jak można sądzić analizując dwa powyższe przykłady, ja musiałem okrążyć glob 2 razy w kierunku na zachód. Tak, to się zgadza. Obydwa okrążenia były powietrzno-wodne, przy czym to drugie było szczególne.
Pierwszą podróż odbywałem na statku Ortelius. Zaokrętowałem w Ushauaia, dokąd dotarłem lecąc z Europy do Ameryki Południowej, czyli ogólnie na zachód. Rejs zwany „semi circumnavigation”, znaczy jakby pół-okrążenie, zaczynaliśmy się w rzeczonym Ushuaia, skąd najpierw popłynęliśmy na południe w kierunku Antarktyki, a potem na zachód przez Morze Bellingshausena, Morze Amundsena, Morze Rossa do Nowej Zelandii. Był to stosunkowo długi rejs, ale też niemal jedyna możliwość zobaczenie tej części świata i historycznych artefaktów, jakie tam pozostały ze znanych wypraw polarnych. Tak, więc byliśmy w Bay of Whales, miejsca, gdzie Amundsen zbudował swoją bazę Framheim (na miejsce dowiózł jego ekspedycję słynny Fram) i skąd 11.10.1911 roku startował po zdobycie Bieguna Południowego. Odwiedziliśmy Cape Evans, na Ross Island, gdzie stoi baza Scotta, miejsca, z którego tenże startował do „wyścigu” z Amundsenem do bieguna. Scott żywy z wyprawy nie wrócił, ale baza pozostała i 3 lata później mogła z niej skorzystać Grupa Morza Rossa, pomocnicza wyprawa w ramach ekspedycji Shackletona. Mogłem postawić stopę na Cape Adare, miejsca, gdzie ludzka stopa w styczniu 1895 roku pierwszy raz dotknęła kontynentu Antarktyda i gdzie po raz pierwszy zimowano na kontynencie w latach 1899/1900. Po dopłynięciu do Nowej Zelandii wracałem samolotami w kierunku na zachód i straconego w czasie rejsu 30 stycznia nie odzyskałem. Do domu wróciłem w lutym. Po kilku dniach spędzonych głównie na przepakowywaniu i organizacji poleciałem do Manaus w Brazylii na niemal już coroczny amazoński rejs (patrz Editorial poniżej) Po jego zakończeniu z Manaus samolotem dalej na zachód do Panamy.
W Colon, wraz z „panną Krysią “zaokrętowałem na jacht „Agens” – (siła sprawcza), należący do moich przyjaciół Karla I Anny Hundhammer – Właściciele, zwani przez nas Ownersami byli w rejsie dookoła świata, a my zdecydowaliśmy się towarzyszyć im w odcinku przez Pacyfik. Po przejściu Kanału Panamskiego odwiedziliśmy wyspy Galapagos, potem Wyspę Wielkanocną i wreszcie Pitcairn. Już same nazwy od lat pobudzały wyobraźnię a teraz mogliśmy postawić stopę na tych legendarnych wyspach. To było naprawdę coś! Wyspa Wielkanocna odbiega najbardziej na południe od standardowej trasy przez Pacyfik. Od jej opuszczenia żeglowaliśmy dalej konsekwentnie na zachód, ale także z tendencją na północ, bliżej równika. Z Pitcairn pożeglowaliśmy na Mangarevę w archipelagu Gambier, potem na Tahiti i Bora Bora na Wyspach Towarzystwa, Aitutaki na Wyspach Cooka, aż wreszcie dotarliśmy do wysp Tonga, a konkretnie Vavau. Dlaczego wreszcie, czyżby się nam dłużyło? Nie, jeszcze nie wtedy, ale Tonga było dla mnie szczególne z dwóch względów. Po pierwsze: gdy podchodziliśmy do Vavau mieliśmy teoretycznie datę 16 czerwca, ale gdy już weszliśmy rozwiały się wątpliwości Ownersa, mieliśmy 17 czerwca a urodziny Anny przypadały na 16-tego (świętowaliśmy i tak). Dla wyjaśnienia podaję skąd mogą się brać wątpliwości. Teoretyczna linia zmiany daty to południk 180°, ale praktycznie różne państwa ustanowiły różne czasy urzędowe i w efekcie linia zmiany daty zygzakuje wzdłuż południka i w skrajnym przypadku odchyla się na wschód poza południk 150 ° W. To odchylenie sprawia, że Nowy Rok świętuje się najpierw na Wyspie Bożego Narodzenia – Kiritimati, w archipelagu Kiribati, mimo, że do teoretycznej linii zmiany daty brakuje im, około 30°, czyli 2 godzin. Przez Vavau przechodzi południk 174°. Po drugie, tutaj zakończył się mój drugi rejs, a raczej seria rejsów składająca się w podróż dookoła świata (pierwszy był dookoła Bieguna Północnego). W tym miejscu następuje pewna analogia do wyprawy Magellana. Jeśli spytać kogoś pobieżnie znającego historię odkryć o to, kto pierwszy opłynął świat dookoła? często usłyszymy odpowiedź – Magellan. Bardziej obeznani z materią wiedzą, że Magellan zginął na wyspie Mactan na Filipinach, a z 5 okrętów, które opuściły Sewillę, tylko Victoria dowodzona przez Juana Sebastiana Elcano wróciła 6 września 1522 roku z powrotem do Hiszpanii. Zatem kapitana Elcano podaje się jako pierwszego, który opłynął świat dookoła. O pozostałych 17 członkach załogi oczywiście się nie mówi. Jednak przed nimi był jeszcze ktoś, kto wcześniej okrążył (lub prawie okrążył) świat; Magellan – Portugalczyk, zanim wstąpił na służbę do króla Hiszpanii, służył w portugalskiej flocie. W ramach jednej z wypraw dotarł w roku 1509 do Malaki. Tam kupił sobie niewolnika/służącego, którego ochrzczono i nadano dźwięcznie brzmiące imię Enrique – Henryk. Enrique pochodził najprawdopodobniej z Filipin skąd został porwany przez sumatrzańskich handlarzy niewolników. Od tej pory towarzyszył Magellanowi wszędzie, jak na służącego przystało. Pożeglował z nim do Portugalii, był z nim w Afryce, razem z nim wyemigrował do Hiszpanii i razem z nim ruszył w słynną podróż dookoła świata. Gdy wreszcie 16 marca 1521 roku dotarto armada dotarła, do flilpińskiej wyspy Homonhon, Enrique mógł porozumiewać się w swoim języku z miejscową ludnością i służył za tłumacza. 7 kwietnia statki zakotwiczyły przy wyspie Cebu, gdzie Magellan z całym oddaniem zaczął poświęcać się nawracaniu mieszkańców na chrześcijaństwo. Na sąsiedniej wyspie Mactan królował Lapu Lapu, który nie chciał zmienić wiary przodków. Magellan postanowić siłą poskromić krnąbrnych mieszkańców wyspy. Zginął w czasie bezsensownej potyczki 27 kwietnia 1521 roku. W testamencie Magellana zapisane było między innymi: „Oświadczam i zarządzam w sprawie mojego niewolnika… Enrique, mulata, (…) mniej więcej dwadzieścia sześć lat liczącego sobie, by od dnia mojej śmierci rzeczony Enroque był zwolniony od wszelkich obowiązków niewolnictwa lub poddaństwa, i aby mógł czynić oraz postępować według własnej woli”. Nowy dowódca, Barbosa i nie chciał respektować tego testamentowego rozporządzenia… Enrique zbiegł z okrętu na Cebu. Do swojej ojczyzny dotarł po 12 latach licząc od roku, w którym nabył go Magellan. Nie wiemy, ile czasu upłynęło od chwili porwania, do zawarcia transakcji z Magellanem. Nie znamy też dokładnie miejsca urodzenia Enrique. Ale nie jest to chyba, aż tak ważne i nie musimy dzielić zapałki na czworo. Z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy powiedzieć, że był on pierwszym człowiekiem, który opłynął świat dookoła, lub niemal dookoła i że to opłynięcie świata zajęło około 12 lat.
Gdy 17 czerwca 2017 weszliśmy do Vavau, było to dla mnie też w jakimś sensie zamknięcie kręgu.
Poprzednio, w roku 2015 żeglowałem na Selmie z Tonga do Brisbane w Australii. Po drodze wchodziliśmy do Nowej Kaledonii. W nowej Kaledonii z kolei zakończyłem roku 2009 rejs na śp. Nashachata. Rejs ten zacząłem w Buenos Aires w październiku 2008 roku. Pożeglowaliśmy na południe, potem na zachód przez Cieśninę Magellana (nomen omen) i następnie wokół Hornu do Ushuaia. Tu nastąpiła przerwa na ekspedycję łodzią wielorybniczą „Fuegia” w Kanale Beagle „Śladami Darwina na Ziemi Ognistej”. Pa jej zakończeniu kontynuowałem dalej rejs z Ushuaia poprzez Falklandy, Południową Georgię, Kapsztad, Wyspy Crozet, wyspę Amsterdam (odkrytą z pokładu Viktorii z ekspedycji Magellana w drodze do domu, potem zapomnianą, i ponownie odkrytą przez Adama Mierosławskiego) do Melbourne i Nowej Kaledonii. Jeśli te trzy rejsy uzupełnić innymi rejsami przez Atlantyk, to koło jest mniej więcej zamknięte.
Wracam do rejsu na „Agens”. Z Tonga popłynęliśmy do Fiji, a stamtąd jednym skokiem do Cairns w Australii. To był ten odcinek, który mógł się nieco dłużyć. Po dopłynięciu do Cooktown wyokrętowaliśmy, bo nie było pewności, czy zdążymy na czas do Darwin, skąd mieliśmy wykupione bilety lotnicze do Polski. Ownersi popłynęli dalej. W Cairns wynajęliśmy samochód, aby szybciej/pewniej dojechać do Darwin. Żeby jednak tam dojechać trzeba najpierw dotrzeć do centrum Australii jadąc na zachód, a dopiero potem odbić na północ do Darwin. Jednak być w centrum Australii i nie odwiedzić miejscowości Alice Springs i położonej jeszcze dalej samotnej góry wśród bezkresu pustyni, góry Uluru, byłoby nonsensem. Dopiero przy Uluru podróż do Australii nabrała głębszego sensu. Na miejscu zainteresowałem się skąd ta nazwa? W języku Aborygenów znaczy „miejsce spotkań”, czym faktycznie ta góra i jej okolica dla nich była. Przypomniałem sobie, że już kiedyś spotkałem się z taką interpretacją nazwy. Tak to było w 2002 w Tiksi, miejscowość w ujściu Leny (Przejście Północno-Wschodnie). W języku miejscowych Jakutów tiksi oznacza także miejsce spotkań. Taka odległość, a sposób myślenia podobny, ale czy to dziwne?
W czasie długich godzin spędzonych za kierownicą zastanawiałem się nad życiem Aborygenów. Zakwalifikowali się u mnie do kolejnego przykładu na niezwykłą adaptację ludzi do ekstremalnych warunków życia; Eskimosi /Inuici, potrafili zaadoptować się do klimatu na Grenlandii, gdzie temperatura może osiągać – 40° C. Nauczyli się korzystać z tego, co daje im otaczający ich świat, umieć zdobyć pożywienie i zrobić ubranie chroniące ich od ekstremalnego zimna. Mieszkańcy Ziemi Ognistej, Indianie Yamana, przystosowali się do życia bez odzieży w zimnym, wilgotnym, wietrznym klimacie. Wiedli koczownicze życie na małych kanu, nurkowali w tamtejszej wodach. Horn opływali wielokrotnie. Nie traktowali tego jako wyczyn, po prostu szukali pożywienia.
Aborygeni, także nie mieli ubrań i znosili różnice temperatur między + 40° C w dzień i około 0°C w nocy. Umieli zdobyć pożywienie i wodę na jałowej pustyni.
Po przejechaniu 5100 km dotarliśmy do Darwin, tylko nieco wcześniej niż Ownersi na jachcie. Teoretycznie mogliśmy zostać i też zdążylibyśmy na samolot, ale nie żałowałem naszej decyzji, wycieczka samochodem do Uluru spowodowała, że było to znowu Concept Sailing.
Amazonka, wielka rzeka, ocean trzy
Dlaczego żeglarze w popularnej szancie śpiewają o Amazonce, przecież to nie jest żeglarski akwen? Oczywiście widywałem jachty, które dopływały do Alter do Chao, ca 300 km w głąb Amazonki, ale to wszystko. Oczywiście można jeszcze głębiej, do Manaus, a nawet do samego Iquitos w Peru położonego około 2000 km od ujścia, tylko dlaczego płynąć tam jachtem żaglowym? Wiatry są raczej słabe, czyli trzeba płynąć pod maszyną, a zanurzenie jachtu narzuca bardzo uważną żeglugę na nieoznakowanej rzece no i oczywiście wyklucza podchodzenie blisko brzegu.
No, więc dlaczego żeglarze śpiewają o Amazonce, akwenie żeglownym, acz nie żeglarskim? Może jest ona uosobieniem czegoś tajemniczego, nieodkrytego, czegoś, co nas pociąga? Dlaczego tak reagujemy? Przypominają mi się słowa Dariusza Boguckiego, który pisał, że pływając po szlakach wodnych, nie pozostawiamy po sobie śladów, pozostawiony kilwater znika bardzo szybko, nowy żeglarz płynący tym samym szlakiem poszukuje swojej drogi od nowa. Zatem Amazonka jest prawdopodobnie dla żeglarza synonimem, czegoś nowego, nieodkrytego, niezbadanego i to prawdopodobnie czyni ją podobną do żeglowania jachtem po oceanach, na których zniknęły kilwatery pozostawione przez inne statki. Po Amazonce pływałem dużymi statkami pasażerskimi, ale szczególnie upodobałem sobie pływanie małymi, typowymi dla Amazonki miejscowymi stateczkami dla 22 turystów. Najciekawsze w takiej żegludze są wycieczki łodziami w głąb dżungli, odwiedzanie małych wiosek, czy pływanie między koronami drzew w zalanych lasach w poszukiwaniu kryjących się tam stworzeń. Każda taka wycieczka ma w sobie posmak nieznanego.
Trzeba sobie uzmysłowić, że różnice poziomów wód na Amazonce sięgają 15 metrów. Teren zalewany przy wysokiej wodzie ma powierzchnię porównywalną z powierzchną Wielkiej Brytanii. Różnica poziomów nie wynika z pływów oceanicznych. Jest cykliczna w zależności od pory roku, deszczowej czy suchej. W porze suchej na rzece jest wiele piaszczystych łach oferujących dogodne miejsca kąpielowe, szczególnie w czystych wodach Rio Negro. W porze deszczowej pływa się niemal między koronami drzew. Wtedy lepiej widać schowane w nich ptaki i leniwce. Pora deszczowa, to nie nasza jesienna szaruga trwająca kilka dni, to gwałtowne opady deszczu, po których znowu wychodzi słońce. Ogromny teren zalewany przez wodę spowodował szczególne przystosowanie niektórych drzew, które ponad pół roku tkwią w wodzie niemal po koronę.
Gdybym spytał żeglarzy, kto przekraczał równik? Na pewno zobaczyłbym wiele podniesionych do góry rąk. A czy przechodzili chrzest równikowy? Ależ oczywiście tak – zazwyczaj na Atlantyku. A czy Neptun chrzci neofitów przekraczających równik na wodach śródlądowych? Zadanie sprawdzenia tego problemu postawiłem sobie przed kilkoma laty. W tym celu zorganizowałem kolejny rejs po Amazonce. Główny nurt tej rzeki płynie zasadniczo na półkuli południowej, ale jej największy lewy dopływ – Rio Negro ze swoimi niektórymi lewymi dopływami zaczyna swój bieg na półkuli północnej. My przekraczaliśmy równik na Rio Branco i na Rio Araca i w obydwóch przypadkach Neptun wraz z Prozerpiną zaszczycili nas swoją wizytą. Byli on ubrani nieco inaczej niż na wodach Atlantyku, można powiedzieć, adekwatnie do miejsca.
No, a gdzie są źródła Amazonki? Starsza generacja pamięta, że już Tomek Wilmowski (z książki Szklarskiego „Tomek u źródeł Amazonki”) wyruszył na ich poszukiwanie. Bardziej współcześnie zajmował się tym Pałkiewicz, co dokładnie opisał w swojej książce, z której dowiadujemy się o różnych możliwościach definiowania źródeł. Jest też teoria, że najbardziej pierwotne źródło Amazonki leży w Afryce. – ??? Było to w czasach, gdy Afryka i Południowa Ameryka były częściami jednego kontynentu zwanego Gondwana. Pra-Amazonka płynęła wtedy w przeciwnym kierunku. Potem nastąpił podział Gondwany. Ameryka Południowa odsunęła się od Afryki. Na zachodzie wypiętrzyły się Andy, a nowa woda wykorzystała koryto starej rzeki.
Poniżej fragmenty z dziennika podróży:
O 6 rano budzi nas aria z opery Traviata – to już tradycja. Normalnie mało komu chce się wstawać tak wcześnie, ale jest to pora, kiedy dżungla rozbrzmiewa odgłosami życia. Słońce nie praży jeszcze tak niemiłosiernie, jak w środku dnia, kiedy i zwierzęta mają swoją sjestę. W termosach (takich do napompowania sobie napoju) czeka już kawa gorzka, kawa z cukrem, gorąca woda, mleko, drobna przekąska, (kawałek ciasta, małe pączki, coś w rodzaju racuchów, jakie przed laty robiła moja babcia). O 06:30 jesteśmy już w łodziach. W marcu jest wysoki stan wody, teraz jest około 7 metrów ponad zero. Naszymi długimi łodziami płyniemy niemal między koronami drzew. Któryś z załogi wypatrzył węża. Jest to około 2 metrowej długości boa. Nie ucieka i daje się z bliska fotografować. Mo pyta czy ktoś chciałby go wziąć do ręki? Są chętni. Zdejmuje koszulę i zarzuca ją na głowę węża a potem i sprawnym ruchem łapie go ręką za kark – jeśli tak nazywa się miejsce tuż za głową węża. Kilku „odważnych” bierze go do ręki lub jedynie dotyka palcem. Ciało jego nie jest obślizgłe, jak mogłoby się niektórym wydawać. Wiedząc jednak, że dla węża jest to stres, po krótkiej serii zdjęć wypuszczony jest na wolność. Pewno jeszcze swoim wnukom będzie opowiadał o tym zajściu. O 08:30 jesteśmy z powrotem na statku. Teraz jest już czas na normalne śniadanie.
O 10 wycieczka do delfinów rzecznych. W okolicy Manaus jest 5 miejsc, gdzie delfiny są oswojone z człowiekiem. Zaczęło się od tego, że w miejscowości Novo Airau w latach 90-dziesiątych ubiegłego wieku, dziewczynka łowiła ryby na wędkę i dała swoją zdobycz przepływającemu delfinowi rzecznemu. Z czasem delfin przypływał na dokarmianie i dziewczynka zaprzyjaźniła się z nim. Mogła się z nim kąpać, a delfin pozwalał się dotykać. Potem inne delfiny dołączyły się do niego, a z prywatnego osiągnięcia dziewczynki powstało delfinarium.
Delfiny rzeczne mają swoje miejsce w historii i wierzeniach miejscowych ludzi z nad rzeki. Miejscowi nazywają je boto. Nigdy na nie, nie polowali, a gdy jakaś panna zachodziła przypadkowo w ciążę, to było to za sprawą boto, który w nocy przyjął postać człowieka i odwiedził dziewczynę. Z takiego krótkotrwałego związku rodziły się dzieci, często o blond włosach i jasnych oczach. Delfiny mają jasno-różowawą skórę, ale bywali też i biali misjonarze. Któż może dociec, kto był naprawdę ojcem dziecka? Na wszelki wypadek tradycja zabraniała zabijać delfiny, a nuż byłby to ojciec lub wujek?
Wieczorem, po kolacji, o 20:15 wsiadamy ponownie do łodzi. Są one wyposażone są w silne reflektory, szperacze. Jedziemy na poszukiwanie kajmanów. Metoda jest prosta; Reflektorem świeci się wzdłuż linii brzegowej. Jeżeli odbijają się dwa czerwone punkty, to są to najprawdopodobniej oczy kajmana. Teraz należy się spokojnie zbliżyć łodzią do tego miejsca. Sternik porozumiewa się z „okiem” siedzącym na dziobie niemal bez słów. Potem sprawny chwyt za kark i 80-dzeisęcio centymetrowy kajman prezentowany jest załodze łodzi. Można go wziąć do ręki, zrobić z nim fotę. Czasami, gdy oczy kajmana mają za duży odstęp „oko” rezygnuje ze sprawnego ruchu ręki, unikając sprawnego kłapnięcie paszczą.
Innego dnia. Pobudka o 4 rano – to naprawdę wyjątkowo wcześnie, ale… to jedyna pora, kiedy, krótko przed wschodem słońca można słuchać głosu wyjców. Trudno głos słowami opisać, jak toczenie się kamieni, jak długo przewalający się grzmot. Potem lądowanie w wiosce poławiaczy wodnych żółwi. W Brazylii poławianie żółwi jest zabronione, ale jeśli wioska robi to wyłącznie na własny użytek przymyka się na oko na takie przestępstwo. Zresztą na tak ogromnym terenie niezbyt łatwo byłoby wytropić „przestępców”. Łowy odbywają się w czasie migracji żółwi. Myśliwi strzelają z łuku, ale nie prosto w żółwia, tylko w górę. Strzała lecąc po torze balistycznym spada pionowo w dół. Jeśli trafi w żółwia, grot przebija skorupę nie raniąc go. Jest tak skonstruowana, że grot osiągnąwszy cel odłącza się od strzały, z którą połączony jest cieniutką linką. Teraz wystarczy wsiąść do łódek i powyciągać zdobycz. Aby uniknąć sporów, do kogo ona należy, każda strzała ma indywidualne oznakowanie. Zaprzyjaźniona rodzina miała w zapasie tylko 7 małych żółwi. Piotr kupił je wszystkie w tajemnicy przed swoją córką Oliwią, która ma dzisiaj 20-ste urodziny. Oficjalnie były to żółwie na zupę. Jakież było zaskoczenie Oliwii, gdy już po wizycie w wiosce, po odśpiewaniu 100-lat i happy birth day, przyniesiono żółwie, a ona miała prawo wypuścić je wszystkie na wolność. (Oliwia studiuje behawiorystkę zwierząt).
Jeszcze w tej samej wiosce mieliśmy okazję zobaczyć produkcję manioku, podstawowych produktu spożywczego na tym terenie. Maniok zawiera dużo skrobi i jest podstawowym źródłem węglowodanów. Są dwa gatunki manioku; biały – słodki i żółty gorzki. Ten drugi wymaga skomplikowanej obróbki, która ma na celu pozbawienie go trujących składników. Najpierw moczy się bulwy przez trzy dni. Potem rozdrabnia się je i wyciska płyn, który musi się odstać. Produktem odstania jest tapioka – mączka powstająca z manioku. Płyn, po długim gotowaniu, po którym jego objętość zmniejsza się o połowę używany jest, jako przyprawa. Pozostały po odciśnięciu produkt stały jest rozdrabniany, prażony i granulowany. W ten sposób powstaje podstawowy produkt spożywczy w tym regionie.
Następny dzień – łowienie piranii. Wielu podchodzi do tego zajęcia z rezerwą – do chwili, gdy weźmie pierwsza ryba, potem odzywa sią atawizm łowców…. Dzienny łup jest wprawnie patroszony, a szczęki preparowane na pamiątkę. Wieczorem uczta z grilla.
Inny dzień, wycieczka do wioski Cabboclos (Caboclos – ludzie mieszanego pochodzenia indiańskiego i europejskiego, acz niekoniecznie. Nazwa dotyczy nie tylko pochodzenia tych ludzi, ale i sposobu ich życia. Można powiedzieć, że gdybyście zdecydowali się tam zostać to może nie Wy, ale Wasze dzieci nazywałyby się caboclos. Mieszkałyby nad brzegiem rzeki w drewnianych domach na palach. Zajmowałyby się – podobnie jak ich sąsiedzi – po trosze rolnictwem, a po trosze rybołówstwem. Widzielibyśmy ich (oczami wyobraźni za jakieś 20 lat) jak prażą maniok i rozstawiają sieci. Ich dzieci miałyby z pewnością jeszcze ciemniejszy odcień skóry). Mo (armator i guide okrętowy w jednej osobie, z wykształcenia biolog) pokazuje i objaśnia znaczenie drzew i owoców, opowiada także o drzewie kauczukowym i jego historycznym znaczeniu dla Brazylii. Potem wycieczka łodziami do pływającego lasu tworzonego przez Montrichardia arborescense, Łodzie z trudem mieszczą się w kanalikach / przecinkach porobionych przez miejscowych w owym lesie dla umożliwienia komunikacji. Niesamowite wrażenie robią drzewa pochylające się pod wpływem kilwateru pozostawionego przez łodzie. Wygląda to tak, jakby zamykały drogę za nami. Dopływamy do jeziora, na którym rosną lilie wodne, Victoria Amazonika, które mają bardzo ciekawy cykl zapylania, a jej liście maja taką wyporność, że potrafią unieść niemowlaka – nie mylić z Calineczką.
Na koniec wizyta u małp łasych na banany. Andrzej dał się zaskoczyć i po bananie. Wreszcie wpływamy na Rio Araca lewy dopływ Rio Negro lewego dopływu Amazonki. (Amazonka swoją właściwą nazwę przyjmuje od Manaus w dół rzeki. Do Manaus wody te nazywają się Rio Solimoes) Po dniu żeglugi rzeka staje się coraz płytsza. Opuszczamy nasz stateczek i przesiadamy się do długich łodzi. Tak dopływamy do równika. Lądujemy na plaży, wbijamy totem ze znakiem 0 (zero) i licznymi odciskami ust uczestników wyprawy.
Oczywiście nie może zabraknąć szampana i pamiątkowych zdjęć, a potem pływania w rzece z kilkukrotnym przekraczaniem równika. Piotr – Polak rozgrywa partię szachów z Mo – Brazylijczykiem. Każdy z nich pozostaje na swojej półkuli. Po dwóch godzinach wracamy na statek i ruszamy w drogę powrotną. Stop. Na plaży oczekuje Neptun ze swoją świtą. Neofici zostają poddani ceremonii chrztu równikowego. Potem wznoszą toast za zdrowie Neptuna i jego boskiej małżonki specjalnie przygotowanym napojem zwanym nektarem. Organizator wręcza dyplomy upamiętniające tą szczęśliwą chwilę. W prawdzie nektar jest napojem bogów, ale po zakończeniu ceremonii, już na statku, każdy chętnie napił się regionalnego napoju zwykłych śmiertelników zwanego caipirinha. Jest to napój na bazie brazylijskiego alkoholu z trzciny cukrowej zwanego tutaj cachaca plus lód, limonka i brązowy cukier z trzciny cukrowej oczywiście. Wszystko w odpowiedniej proporcji.
Teraz już bez przeszkód ruszamy w drogę powrotną do Barcelos. Na drugi dzień wyczarterowanymi samolocikami Cesna lecimy do Manaus, miejsca startu.
HW – Napisane w Panamie w marcu 2017
Paweł Edmund Strzelecki
Na temat moich podróży śladami Strzeleckiego pisałem już w Editorial w 2015 (patrz poniżej „Od Kopca do Góry Kościuszki). Mimo, że już 2 razy jego peregrynacje posłużyły mi, jako motyw do moich Concept Podróży, temat daleki jest od wyczerpania. Pomysł zorganizowania rejsu „Śladami Strzeleckiego” przyszedł mi do głowy jeszcze w Australii pod koniec 2014 roku. Po powrocie do Polski spotkaliśmy się z młodymi Strzeleckimi. Koncepcja rejsu spodobał im się, mimo, że nie są żeglarzami (Paweł Edmund Strzelecki też nim nie był). Zorganizowanie takiego rejsu na „Chopinie” wydawało się odpowiednie do tej rangi przedsięwzięcia i początkowo bardzo realne. Później jednak, okazało się trudne do realizacji. W końcu rozwiązanie przyszło nieomal samo w postaci Ryszarda Wojnowskiego, właściciela s/y „Lady Dana” – jachtu, na którym opłynął Biegun Północny. Ryszard planował rejs w Antarktyce. Przyjechał do mnie, aby porozmawiać o tym projekcie. Po omówieniu spraw związanych z Antarktyką zadałem mu pytanie co planuje potem? Odpowiedział – Pacyfik. Gdy przedstawiłem mu mój pomysł, przyjął go bez wahania. (Czytaj w ekspedycje)
Paweł Edmund Strzelecki urodził się 20 lipca 1797 roku w Głuszynie pod Poznaniem (wtedy jeszcze, bo dzisiaj Głuszyna jest już w obrębie tego miasta). Losy sprawiły, że wyemigrował z kraju. W 1831 roku zamieszkał w Londynie. Swoją 9-cio letnią podróż dookoła świata rozpoczął w Liverpool, gdzie 8 czerwca 1834 roku wsiadł na tatek płynący do New York. „Nowy Świat” badał od strony geologicznej i geograficznej. Interesowały go także stosunki społeczne panujące na zwiedzanych obszarach, np. w młodych Stanach Zjednoczonych można było jeszcze studiować etnografię Indian. Po Ameryce Północnej podróżował około półtora roku. Pod koniec 1835 przepłynął na Antyle, a stamtąd do Meksyku i Nowego Orleanu. Następnie pożeglował do Ameryki Południowej, do Brazylii i Argentyny. Przez Kordyliery przybył na wybrzeże Pacyfiku i w chilijskim Valparaiso znowu zaokrętował na żaglowiec. Płynąc na północ prowadził swoje badania wzdłuż brzegów aż do Kalifornii. Wrócił do Valparaiso, aby po krótkim pobycie rozpocząć swój kolejny etap podróży – Pacyfik.
20 Lipca 1838 roku wypłynął z Valparai na pokładzie żaglowca HMS „Fly”. Około połowy sierpnia tegoż roku dotarł Taiohae Bay na wyspie Nukuhiwa w archipelagu Markizów. Tydzień postoju przeznaczył na badania etnograficzne. 23 Sierpnia „Fly” rozpoczął dalszą żeglugę, której celem tym razem były Hawaje (w tym czasie jeszcze niepodległe państewko rządzone przez króla z dynastii Kamehameha). W początkach września statek zawinął do portu w zatoce Kealakekua, na wyspie Hawaii, tej samej, na której 14 lutego 1779 r. zginął James Cook. Podczas pobytu na wyspie podróżnik poświęcił wiele czasu badaniom tutejszych wulkanów. Zbadał wulkany Mauna Kea , Mauna Loa, Kilauea. Przy okazji spisywał wierzenia tubylców przypisujące wulkanom nadprzyrodzoną moc. Sporządził jeden z pierwszych opisów naukowych tego miejsca, publikowany w 1838 roku w „The Hawaiian Spectator” (Sandwich Island – Crater of Kirauea) i w 1846 roku w „Tasmanian Journal of Natural Sciences” (The Volcano of Kirauea, Sandwich Islands). Na wyspie Hawaii odwiedził jeszcze port Hilo. W końcu popłynęli do Honolulu na wyspie Oahu.
1 Października 1838 opuścił Hawaje i na początku listopada dotarł do Tahiti. Tutaj rozstał się z załogą żaglowca „Fly” i pozostał na wyspie, aż do stycznia następnego roku. Na Tahiti trafił w ostatnich latach niepodległości wyspy, o którą rywalizowały Francja i Anglia. Zawarł znajomość z wybitną władczynią wyspy, wykształconą w Europie królową Pomare IV. Przedstawił jej projekt reformy systemu sądownictwa. Był zdruzgotany panującym tam dotychczas „prawem silniejszego” – jak je nazywał.
W styczniu 1839 zaokrętował na francuski bark „Justine”. Początkowo popłynęli na wschód. Odwiedził wyspę Mangareva w archipelagu Gambiera i wyspy Tuamotu. Potem skierował się na zachód do Nowej Zelandii. Po drodze najprawdopodobniej odwiedził wyspy Tonga. W lutym 1839 r. zawinęli do miasta Kororareka (obecnie Russell) w Bay of Islands, na Północnej Wyspie Nowej Zelandii. W czasie pobytu odwiedził jeszcze Waitangi, Hokianga, Kerikeri . W ciągu trzech miesięcy przeprowadził pierwsze badania geologiczne wyspy będącej już brytyjską kolonią. Wiadomo, że przebył w poprzek Wyspę Północną, prawdopodobnie zwiedził również Wyspę Południową. Nie omieszkał zapoznać się z Maorysami autochtoniczną ludnością wyspy.
10 Kwietnia 1839 r. opuścił Nową Zelandię na tym samym statku z ładunkiem 18 ton kartofli i chilijskiego jęczmienia udał się do najważniejszego miejsca swej dziewięcioletniej podróży – Australii.
Do Port Jackson (dzisiaj Sydney) wpłynęli 25 kwietnia 1839 roku. Brytyjska kolonia ta nosiła wówczas miano Nowej Holandii. (Nazwę Australia wprowadzono formalnie 10 lat później).
W ciągu 4 lat zbadał gruntownie Nową Południową Walię i Tasmanię. Jej ówczesny gubernator John Franklin, znany później z wyprawy mającej na celu odkrycie Przejścia Północno – Zachodniego, był mu przyjacielem i mecenasem. 22 Kwietnia 1843 roku wypłynął w podróż powrotną do Europy. Do Londynu dotarł w listopadzie tegoż roku.
Reasumując:
Eksploracja obu Ameryk zajęła mu 4 lata.
Podróże przez Pacyfik od Valparaiso do Sydney – niecały rok.
Eksploracja Australii i Tasmanii – 4 lata.
Powrót z Sydney do Londynu ½ roku
Środki finansowe czerpał z pracy naukowej. „Nie podróżuję na koszt żadnego rządu” podkreślał z naciskiem w jednym z listów – lecz na koszt okazów i zbiorów, zdobywanych w trudnych warunkach i sprzedawanych do gabinetów europejskich”
W roku 1845 Strzelecki opublikował w Londynie swoje wiekopomne dzieło „The Physical Description of New South Wales and Van Diemen’s Land” (Fizyczny opis Nowej Południowej Walii i Ziemi Van Diemena), Darwin, w podziękowaniu za podarowany mu egzemplarz tak pisał: „Gratuluję Panu ukończenia pracy, która z pewnością kosztowała wiele wysiłku i jestem zaskoczony wielością doniosłych spraw, o których Pan pisze. Niech mi wolno będzie wyrazić żal, że nie ma tam o wiele obszerniejszych wyjątków z „Dziennika podróży”. Mam nadzieję, że pewnego dnia zostanie on opublikowany w całości
Z całego serca życzyłbym sobie, żeby, choć czwarta część naszych angielskich autorów umiała myśleć i pisać językiem, choć w połowie tak żywym a przy tym prostym”.
Dzieło to osiągnęło światową sławę w geografii. Otrzymał za nie złoty medal Royal Geographical Society. Ten tom, liczący niemal 500 stron, spotkał się z bardzo przychylnymi recenzjami w prasie angielskiej i australijskiej. Na długo też stał się pracą fundamentalną dla wiedzy o Australii.
W 1846 roku Strzelecki otrzymał Złoty Medal od Royal Geographical Society.
W 1860 r. otrzymał tytuł doctor honoris causa Uniwersytetu w Oxfordzie.
W 1869 r. order św. Michała i św. Jerzego, przyznany mu za „pięcioletnie badania Australii, odkrycie złota i nowych terenów przydatnych do kolonizacji, a wreszcie za sporządzenie map topograficznych i geologicznych, opartych na obserwacjach astronomicznych” – jak głosił dokument uzasadniający nadanie orderu.
Jego imieniem nazwano: pasmo górskie w południowo-wschodniej Australii w stanie Wiktoria, 2 szczyty, jezioro I rzekę w Australii. Jego nazwisko znalazło się też w nazwach gatunkowych roślin i zwierząt.
W 2018 w 180 lat od rozpoczęcia przez Strzeleckiego podróży przez Pacyfik planujemy etapowy rejs śladami wielkiego rodaka, pierwszego polskiego badacza, który opłynął świat dookoła. Właśnie, dlatego, że jego podróże odbywały się pod znakiem nauki i poznawania świata, uwzględniliśmy to w naszych planach. Prof. UAM z Poznania, dr. Hab. Zbigniew Zwoliński przygotowuje odpowiedni program badań, które zostaną przeprowadzone w Australii.
Leszek Kosek, uczestnik wyprawy na jachcie s/y „Konstanty Maciejewicz” w latach 1972/73, obecnie mieszkaniec Australii zaproponował zorganizowanie podróży lądowej typu re-enactment, typowym wozem osadników i końmi pod wierzch, na trasie będącej fragmentem podróży Strzeleckiego.
Dla zainteresowanych kilka linków poniżej:
http://mtkosciuszko.org.au/welcome-eng.php
http://www.poles.org/strzelecki.html
http://adb.anu.edu.au/biography/strzelecki-sir-paul-edmund-de-2711
http://www.strzelecki.org/pestrzelecki/pestrzelecki.php
https://en.wikipedia.org/wiki/Pawe%C5%82_Strzelecki
https://en.wikipedia.org/wiki/Order_of_the_British_Empire
http://www.angelfire.com/scifi2/rsolecki/pawel_strzelecki.html
http://www.polishmuseumarchives.org.au/PaulEdmunddeStrzelecki.pdf
http://www.midley.co.uk/articles/justine.htm
http://anzora.org/
http://www.zrobtosam.com/PulsPol/Puls3/index.php?sekcja=47&arty_id=14291
http://www.zrobtosam.com/PulsPol/Puls3/index.php?sekcja=47&arty_id=14301
http://www.australiangeographic.com.au/blogs/on-this-day/2015/03/on-this-day-mt-kosciuszko-first-climbed
www.kosciuszkoheritage.com/200/
„Belgica”, kolebka naukowców i odkrywców
Kiedyś, przed laty, łatwiej było mi pisać „sprawozdanie z poprzedniego sezonu” – żeglowało się latem – naszym latem, znaczy w czasie lata na półkuli północnej. Teraz nie wiem, kiedy sezon się zaczyna, a kiedy kończy? … W zasadzie trwa cały czas. W międzyczasie odstąpiłem od corocznego pisania. Zazwyczaj nie pozwalało na to tzw. bycie w drodze. Nie zawsze organizowałem też własne wyprawy, a o wyprawach organizowanych nie przeze mnie, nie zawsze pisałem. Zdarzały się wyjątki. W 2015 dotarłem do Bieguna Północnego na rosyjskim lodołamaczu i było to dla mnie przyczynkiem do napisania o historii jego zdobywania.
2015, był w ogóle bardzo ciekawym rokiem. Oprócz Bieguna udało mi się ponownie zająć podróżami Odyseusza i wreszcie dotrzeć do Troi – przyczyny jego „Odysei”. W tym momencie można oczywiście zacząć dyskutować, co było praprzyczyną, czy Helena, czy Parys, a może Menelaos lub jego brat Agamemnon? Długo by tu kopie kruszyć. Mówi się, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, to zazwyczaj chodzi albo o pieniądze, albo kobiety. Wydaje mi się, że w przypadku wojny trojańskiej, której skutkiem była Odyseja, chodziło o jedno i drugie. Ale „o tem potem”.
W lutym 2016 została wreszcie zorganizowana, długo już przygotowywana, kajakowa wycieczka w Antarktyce o nieco przydługim tytule „Belgica, kolebka odkrywców i naukowców – od A do Z”
O historycznym podkładzie tej ekspedycji piszę w innym miejscu. Teraz mogę spróbować odpowiedzieć na pytanie, po co to wszystko, czy robiliśmy jakieś badania naukowe?
Po co? – Bo nas to bawiło. Badania naukowe? – Zdecydowanie nie…, acz miałem pewien cel którym był to aspekt popularyzatorski. Obawiam się, że więcej Polaków wie, kto to był Ernest Henry Shackleton (sam brałem udział w wyprawie jego śladami na replice łodzi ratunkowej James Caird), niż Henryk Arctowski. A jeśli spytać o Antoniego Dobrowolskiego, to zazwyczaj odpowiedzią jest milczenie. A przecież byli oni pierwszymi Polakami w Antarktyce. Brali udział w ekspedycji na statku Belgica, pierwszego statku, który zimował w lodach Antarktyki! Dobrowolski napisał monografię o lodzie – „Historia naturalna lodu” – klasyka aktualna do dziś. Groby obydwóch profesorów znajdują się w Warszawie na Powązkach.
Oczywiście mieliśmy ochotę na wiosłowanie między górami lodowymi, spanie w namiotach na śniegu i oglądanie tego wszystkiego z poziomu kajaka. Nie chodziło nam o zobaczenie Antarktyki, jako takiej, bo wszyscy uczestnicy bywali tam już wiele razy, ale poziom kajaka, to bardzo specyficzny poziom widzenia. Od strony kajakowej przygotowywaliśmy się trenując jesienią we fiordach norweskich w październiku i w lutym na pokrytym częściowo lodem jeziorze pod Poczdamem. Także cała logistyka była niemałym wezwaniem. Na takie aktywności trzeba mieć zgodę odpowiednich instytucji, te z kolei wymagają planu ewakuacyjnego „na wypadek”. Przygotowania trwały dobre 2 lata. Szukaliśmy jachtu asystującego. Mieliśmy daleko posunięte rozmowy ze Selmą, ale na przeszkodzie stanęły trudności organizacyjne. W sukurs przyszedł Arved Fuchs ze swoją Dagmar Aaen, jachtem, na którym w 1993 przepływałem Przejście Północno-Zachodnie, a w 2002 Przejście Północno-Wschodnie. Oczywiście, że było trochę szkoda, że nie był to jacht pod polską banderą, ale nasza wyprawa podobnie jak wyprawa „Belgici”, była międzynarodowa. Na naszym „polskim” kajaku (Tomasz Zadróżny, Henryk Wolski) powiewała maleńka polska flaga z jeszcze mniejszym logo Concept Sailing. Startowaliśmy z Archipelagu Melchiora, miejsca, gdzie w 2003 roku Tomek odkrył nowy kanał – Bremenkanal. Dalsza trasa prowadziła przez akweny penetrowane przez historyczną wyprawę Belgici. Wyprawa trwała 18 dni, z czego tylko 4 dni spędziliśmy wspólnie z Dagmar Aaen. Obie załogi miały z tego dużą frajdę. W trakcie wycieczki przybijaliśmy do miejsc, które eksplorowała załoga „Belgici”. Byliśmy na Półwyspie Arctowskiego, widzieliśmy Wyspę Dobrowolskiego, odwiedziliśmy Chilijską stację antarktyczną Gonzales Videla, przepłynęliśmy przez Paradise Bay, dwa razy przecinaliśmy Gerlache Strait – (Adrien de Gerlache był komendantem „Belgici”). W sumie przewiosłowaliśmy 150 km. Wyprawę zakończyliśmy na wyspie Wiencke Island (Carl-August Wiencke, był norweskim członkiem załogi „Belgici”) – w angielskiej chacie na Damoy Point, nie ze względu na powiązania tej chaty z wyprawą Belgici, ale ze wzglądu na skojarzenie z fonetycznym brzmieniem rosyjskiego słowa. Kiedyś znajomość języka rosyjskiego była w naszym kraju obowiązkowa. Młodemu pokoleniu wyjaśniam
возвращение домой (damoj) – znaczy powrót do domu.
Zobacz też galerię
North Pole – Biegun Północny
Coraz popularniejsze stają się u nas rejsy polarne, coś ludzi ciągnie w te zimnie surowe regiony. Mają one bez wątpienia swój urok, ale czy zawsze tak było?
Początki żeglugi nie tam powstawały. Oczywiście Wikingowie pod koniec pierwszego tysiąclecia zasiedlali wyspy północnego Atlantyku, Islandię, Południową Grenlandię, dotarli do Ameryki Północnej. Przedtem bywały inne wyprawy, którym przypisuje się, że dotarły w regiony polarne; W VI wieku mnich Brendan miał dotrzeć do Islandii i Grenlandii, a niemal 1000 lat wcześniej, bo w IV w. p.n.e. Pyteasz z Massali (Marsylii) odbyć wyprawę na północ i dotrzeć aż do Thule. Nie ma jednak pewności, gdzie umiejscowić to pyteaszowskie Thule. Na pewno nie chodzi o te na Grenlandii. Niektórzy domniemają, że na Islandii. Nie nam o to kopie kruszyć. Generalnie jednak ludzie nie pływali dla sportu. Włodzimierz Głowacki w swoim dziele „Wspaniały świat żeglarstwa” wyraźnie odróżnia „przyjemność żeglowania” od „żeglowania dla przyjemności” Głównym motywem żeglugi był handel. Pod koniec XV w. na morzach konkurowało ze sobą dwóch sąsiadów; Portugalia i Hiszpania. Nęcącym celem było dotarcie do bajecznych bogactw Wschodu, które docierały do Europy za pośrednictwem karawan arabskich. W 1488 Portugalczyk Bartolomeu Dias dotarł do Przylądka Dobrej Nadziei i tym samym utorował drogę do Indii dal Vasco da Gamy. W 1493 Krzysztof Kolumb Genueńczyk będący na służbie Hiszpanów wrócił ze swojej pierwszej wyprawy do Indii, które oczywiście nie były Indiami, ale Kolumb o tym nie wiedział. Dwa katolickie państwa mocno konkurowały ze sobą. Aby zapobiec narastającemu konfliktowi dotyczącemu eksploracji Nowego Świata papież Aleksander VI w Tordesillas w roku 1494, mocą swojego urzędu, dokonał podziału świata. Ustalono ostatecznie linię demarkacyjną przebiegającą 1184 Mm na zachód od Wysp Zielonego Przylądka. Mocą traktatu wszystkie nowo odkryte państwa, które nie posiadały chrześcijańskiego władcy, a leżące na wschód od tej linii, miały należeć do Portugalii, a na zachód o tej linii, do Hiszpanii. Należy przy tym rozumieć, że żadne inne państwa nie miały prawa korzystać ze szlaków handlowych Hiszpanii i Portugalii. Szlak handlowy obejmował faktorie dające wodę i zaopatrzenie.
Inne państwa nie zamierzały bezczynnie patrzeć na bogacenie się dwóch wyżej wymienionych.
Już w 1497 John Cabot ruszył z Bristolu i zapoczątkował trwające 3 stulecia poszukiwanie Przejścia Północno-Zachodniego – Cieśniny Anian, która z Atlantyku prowadziłaby na Pacyfik drogą północną. Cabot dotarł aż do Nowej Fundlandii i był pierwszym Europejczykiem po Wikingach, który zobaczył brzegi Ameryki. Poszukiwania ciągnęły się tak długo, bo chęć przerastała możliwości. Statki tamtych czasów nie były w stanie sprostać wymaganiom, jakie stawiała przed nimi żegluga w lodach.
Warto zauważyć, że uczeni tamtych czasów widzieli trzy możliwości dotarcia do Pacyfiku drogą północną; Przejścia, zwane dzisiaj Północno-Zachodnie (nad Ameryką poprzez kanadyjski archipelag wysp i nad Alaską) i – Północno-Wschodnie (nad rosyjską częścią Euroazji), ale także najkrótsze (jak wynikało z obliczeń) – prosto przez Biegun Północny. Znana była teoria „otwartej wody”, według której czyste od lodu wody wokół Bieguna otaczał jedynie pas dryfującego lodu, przez który oczywiście należało się przebić, aby w efekcie dostać sią na Pacyfik.
Pod koniec XVIII wieku nie było już potrzeby szukać alternatywnej drogi na Pacyfik. Zmienił się już układ sił na morzach świata i już nie Portugalczycy, ani nie Hiszpanie na nich rządzili. Był to czas oświecenia, czas po odkryciach kapitana Jamesa Coka i podróżach Aleksandra von Humboldta. Na arenie nautycznej prym wiedli Anglicy, którzy kwestię zdobycia Bieguna Północnego i Przejścia Północno-Zachodniego, zaczęli traktować, jako sprawę honoru narodowego.
Z takim zadaniem ruszył w drogę w roku 1773 Constantine Phipps dowodzący dwoma statkami, HMS Racehorse i HMS Carcass. Dotarł do 80° 48′ N, ale przez „pas lodu” nie udało mu się przebić. Anglicy nie dali za wygraną. W roku 1818 wysyłają dwie wyprawy; Jedna pod dowództwem Johna Rossa miała zbadać Przejście Północno-Zachodnie, za odkrycie, którego wyznaczono nagrodę 20000 funtów, i drugą, pod dowództwem Davida Buchana na statkach HMS Dorothea i HMS Trent, której zadaniem było dotrzeć do bieguna. Wyprawa Buchana dotarła do 80°34’N, czyli nawet nie pobiła wyniku poprzedniej ekspedycji, a wymieniam ją jedynie dlatego, żeby nadmienić, że dowódcą HMS Trent był John Franklin znany później ze swojej wyprawy mającej ostatecznie zbadać Przejście Północno-Zachodnie. Kolejna angielska wyprawa w 1827 roku, pod dowództwem Williama Edwarda Parry‘ego pobiła wprawdzie rekord i dotarła do 82°45‘ N, ale widać już było, zmianę taktyki. Anglicy odstąpili od teorii czystej wody i Parry ze swoimi ludźmi ciągnął specjalnie do tego celu zbudowane sanio-łodzie.
Próbę dotarcia do bieguna tylko statkami zainicjował jeszcze w 1869 niemiecki kartograf August Petermann. Dwa statki Germania pod kapitanem Koldeway i Hansa pod Hegemannem ruszyły na północ. Po dotarciu do granicy lodu, w sztormie, 20 lipca statki straciły kontakt. Po nieudanych próbach połączenia się „Germania” dotarła na umówione na taki wypadek miejsce przy wyspie Sabine, u wybrzeży wschodniej Grenlandii, gdzie przezimowała wmarznięta w lód w bezpiecznej zatoce.
W trakcie postoju załoga prowadziła rozległe badania zarówno ze statku jak i w trakcie długich wypraw saniami. W połowie lipca 1870 roku, statek wyzwolił się z okowów lodowych. Koldeway jeszcze raz zarządził płynięcie na północ, aby zgodnie z instrukcją Petermanna po sforsowaniu „pasa lodu” dotrzeć do bieguna. Po osiągnięciu 75° 30‘N, stwierdzili bezcelowość dalszego przebijanie się na północ. Wśród załogi nikt już nie wierzył w morze wolne od lodów. Nie byli nawet w stanie poprawić własnego rekordu 77° N osiągniętego w czasie wyprawy saniami. Zawrócili na południe i popłynęli do kraju.
Załogą „Hansy”, także usiłowała dopłynąć do umówionego miejsca, jednak nie posiadając silnika miała z tym niemałe trudności. W pewnej chwili byli nawet w odległości 35 mil od wyspy Sabine, ale nie zdołali wyrwać się z paku lodowego. W efekcie końcowym statek został ściśnięty lodami i zatonął 22 października 1869 roku na pozycji 70°52’ N i 021°00’ W. Załoga zdołała przenieść się na krę lodową wraz z dużymi zapasami prowiantu i wielu sprzętów. Zabrano oczywiście łodzie ratunkowe. Z brykietów, które były przeznaczone, jako paliwo dla żaglowo-parowej Germanii – (Hanse była żaglowcem), zbudowano domek na lodzie, w którym zamieszkali rozbitkowie. Kra wraz z nimi dryfowała z prądem na południe wzdłuż wschodnich wybrzeży Grenlandii. Z początku było im nawet wygodnie, ale gdy tuż po Nowym Roku nastąpiła seria sztormów ich kra robiła się coraz mniejsza. Gdy wreszcie pękła pod domkiem skończył się ich „luksus”. Spali w ciągłej gotowości na łodziach. Potem i to się skończyło, kra już była za mała i nie mając innego wyjścia pojęli żeglugę w trzech łodziach ratunkowych. Było to 7 maja 1870 roku, dokładnie 200 dni od chwili, gdy z tonącego statku przesiedli się na lód. Czasami dobijali do brzegu, choć nie zawsze było to możliwe, a ponadto nie zmieniało to ich sytuacji, oni potrzebowali ludzkiego osiedla. Wreszcie, po ponad miesiącu żeglugi, 13 czerwca dotarli do misji Braci Morawskich w Fridrichsthal na południu Grenlandii. Przygodnym statkiem udało im się popłynąć do Kopenhagi a stamtąd do Niemiec, gdzie dotarli 3 września. Gdy tydzień potem, 10 września 1870 roku, Germania cumowała w Bremerhaven, na kei witała ją załoga Hansy. Odyseję Hansy można bez przesady porównać z wyprawą „Endurance” Shackletona.
Kapitanowie obydwóch statków zgodnie i stanowczo zaprzeczali teorii otwartej wody, za co obraził się na nich August Petermann, ich patron i organizator wyprawy. Po latach w roku 1878 odebrał sobie życie. Nie mógł pogodzić się z tym, że świat nie był taki, jak przewidywała jego teoria.
Ale teoria jego jeszcze żyła.
W latach 1878/79 szwedzki statek żaglowo-parowy Vega, pod kierownictwem Adolfa Erika Nordenskjölda przepłynął Przejście Północno-Wschodnie. Popłynął z Göteborga, wokół Skandynawii i dalej na wschód wzdłuż rosyjskich wybrzeży. Niewiele brakowało, a zrobiłby to w jednym sezonie nawigacyjnym, jednak tuż przed wejściem do Cieśniny Beringa, przytrzymały go lody. Przezimowali szczęśliwie i w następnym roku 1879 kontynuowali podróż.
Prasa światowa całą zimę 78/79 czekała na informację, co się dzieje ze szwedzką ekspedycją. Gdy na drugi rok informacji jeszcze nie było Amerykanin George W. De Long na statku „Jeanette” pożeglował z San Francisko na północ. Na Czukotce dowiedział się, że Nordenskjöld szczęśliwie przezimował i popłynął dalej. Misja w zasadzie została spełniona, ale De Long chciał skorzystać z okazji. Znał teorię „otwartej wody” i postanowił dopłynąć do bieguna. Nie opisując szczegółowo jego peregrynacji wystarczy stwierdzić, że statek wmarzł w lody i dryfował z nimi na NW, aż wreszcie został ściśnięty, zgnieciony i zatonął w okolicach wysp, które teraz nazywają się De Longa w pobliżu Wysp Północnych. Załoga pieszo powędrowała w kierunku ujścia Leny i niektórym udało się przeżyć. „Jeannette” zatonęła w 1881 roku. Trzy lata później resztki z zatopionego statku zostały odkryte u wybrzeży Grenlandii. To był niezaprzeczalny dowód na potwierdzenie wcześniej już istniejącej teorii o prądzie transpolarnym, który powodował, że pnie drzew transportowane przez syberyjskie rzeki można było znaleźć na Spitzbergenie i Grenlandii. Zainspirowany tym zdarzeniem, młody Norweg Fridtjof Nansen postanowił dopłynąć do Bieguna Północnego wykorzystując siły natury. Nie miał jeszcze 30 lat, a był już doktorem nauk biologicznych i miał za sobą pierwsze w dziejach trawersowanie lądolodu grenlandzkiego. Zdobył poparcie parlamentu norweskiego i zorganizował odpowiednie fundusze. Na jego zlecenie doświadczony budowniczy statków Colin Archer zbudował „Frama”. Statek, który dzięki swojej przemyślnej konstrukcji powinien oprzeć się miażdżącej sile lodów. Nansen nie podążał już śladem teorii o otwartej, czystej wodzie na północy. Jego ideą było doprowadzić do celowego wmarznięcia statku w lód i w tym stanie, wykorzystując prąd transpolarny, przedryfować przez Biegun. Dzięki okrągło dennej konstrukcji, „Fram” zamiast być miażdżony przez napierający lód, był przez niego wypychany do góry. Teraz w telegraficznym skrócie dzieje tej ekspedycji:
21 czerwca 1893 opuszczają norweski port Vardö i płyną Przejściem Północno-Wschodnim.
22 sierpnia 1893 Fram wmarza w lód nieco na zachód od wysp De Longa.
„Fram” powolutku dryfuje na zachód z małym wskaźnikiem na północ i Nansen już wie, że przez biegun, to chyby oni nie przepłyną.
14 marca 1895 Nansen wraz z Johansenem ruszają pieszo do bieguna. Mają ze sobą psy, sanie i kajaki. Nansen zastrzegał się w prawdzie przed rejsem, że wyprawa jest wyłącznie naukowa, ale dopadła go jednak ambicja, chce dotrzeć do Bieguna Północnego.
14 marca 1895 r. osiągają swoją najbardziej północną pozycję 86°14‘N. – tak daleko na północ jeszcze nikt nie dotarł. Wiedzą jednak, że jeśli nawet dotrą do bieguna, to prowiantu na powrót już im nie wystarczy. Postanawiają wrócić, ale dokąd wracać? Przecież „Fram” dryfuje dalej i nie wiadomo, gdzie się teraz znajduje. Planują pieszo dojść do Spitsbergenu lub do Ziemi Franciszka Józefa odkrytej w 1873 przez austriacko-węgierską ekspedycję „Tegetthoff”, której celem było także dopłynięcie do Bieguna Północnego. Nie trzeba chyba dodawać, że i oni opierali się na wskazówkach Petermanna.
28 sierpnia 1895 r., już po dotarciu do Ziemi Franciszka Józefa, na wyspie Jackson (nazwa współczesna) decydują się na zimowanie. Jest zbyt późno, aby kontynuować podróż na południe. Ich celem jest Port Eira na wyspie Northbrook w południowej części archipelagu. Jest tam baza po ekspedycji Anglika Leight-Smitha z lat 1880/81. Latem można tam spotkać poławiaczy fok. Muszą, więc poczekać do następnego lata.
16 października 1895 dryfujący w lodach „” osiągnął najbardziej północną pozycję 85°57‘ N, do jakiej kiedykolwiek dotarł statek.
19 maja 1896 Nansen / Johansen ruszają w dalszą drogę na południe.
16 czerwca na przylądku Flora na wyspie Northbrook dochodzi do spotkania Nansena z Jacksonem, mającym swoją bazę na Przylądku Flora, kolejnym Anglikiem, który prowadzi badania na Ziemi Franciszka Józefa.
13 sierpnia 1896 zaopatrzeniowy statek Jacksona „Windward” dowozi ich do norweskiego Vardö.
20 sierpnia 1896, czyli 1 tydzień później do norweskiego portu Tromsö wpływa „Fram”.
Czy tak zakończyły się próby dotarcia do Bieguna Północnego jednostką pływającą? Nie!
Ale najpierw dwie ekspedycje dla chronologii:
W latach 1903-06 na małym żaglowcu Gjøa z 13-konnym silnikiem pomocniczym, Roald Amundsen, jako pierwszy, sforsował Przejście Północno-Zachodnie.
21 maja 1937, pierwszy raz w historii, w okolicy Bieguna Północnego wylądował radziecki samolot, w ramach przygotowania bazy do „Dryfu Papanina” (zamierzony dryf czterech ludzi na krze lodowej z Bieguna Północnego z prądem) w 20 rocznicę Rewolucji Październikowej.
3 sierpnia 1958 dotarł do Bieguna Północnego pod lodami Arktyki amerykański okręt podwodny o napędzie atomowym „Nautilus”.
17 sierpnia1977 dotarł do Bieguna Północnego radziecki lodołamacz o napędzie atomowy „Arktika „– pierwszy statek, który na powierzchni dopłynął do tego miejsca. W ramach uroczystości z tym związanych do wody opuszczono wielką płytę z herbem Związku Radzieckiego.
2 sierpnia.2007 dotarł do Bieguna Północnego rosyjski lodołamacz o napędzie atomowym Rasija i przy pomocy mini okrętu podwodnego Mir (Pokój) zatknął na dnie (ca.4000m.) rosyjską flagę z tytanu.
21 czerwca 2015 dotarł do Bieguna Północnego na pokładzie rosyjskiego lodołamacza o napędzie atomowym 50 Лет Победы , Henryk Wolski i kazał się sfotografować ze swoją flagą Concept Sailing –
(w końcu w zeszłym roku minęło 25 lat działalności!). Trudno to nazwać jakimś zdobyciem Bieguna, ale mam satysfakcję, że też tam byłem.
Ciekawe co będzie na Biegunie w roku 2017 ?
I ciekawe, kiedy w skutek globalnego ocieplenia, na Biegun Północny dopłynie pierwszy jacht?
Henryk Wolski 26 lipiec 2015
(opublikowane w najnowszym numerze Żagli – styczeń 2016)
Kliknij aby przejść do Galerii
Od Kopca do Góry Kościuszki – mentalne zakończenie wyprawy
Gdy w roku 2007 inicjowałem wyprawę „Od Kopca do Góry Kościuszki” na śp. s/y „Nashachata“ o Strzeleckim wiedziałem nie za wiele. Ot, że pochodził z Wielkopolski, że badał Australię i że był pierwszym, który wspiął się na Górę Kościuszko. I jeszcze jakaś afera przed-matrymonialna chodziła mi po głowie, ale już bez szczegółów. S/y „Nashachata“wychodziła w długi, trudny rejs. Z obecnej perspektywy widzę, że za dużo wziąłem sobie wtedy na głowę. W październiku 2008 prowadziłem odcinek z Buenos Aires przez Cieśninę Magellana na zachód, potem wokół Hornu na wschód i do Ushuaia. Tutaj jacht „Nashachata” zamieniłem na replikę łodzi wielorybniczej „Fuegia” i na niej prowadziłem ekspedycję „Darwin & Tierra del Fuego“w Kanale Beagle i na wodach Ziemi Ognistej (nazwa kanału pochodzi od okrętu HMS „Beagle”, okrętu dowodzonego przez FitzRoya, na którym Darwin odbył niemal pięcioletnią podróż dookoła świata). Ekspedycja była trudna, borykaliśmy się z wieloma przeciwnościami, a także – jakżeby inaczej, z przeciwnymi wiatrami. Po zakończeniu tej ekspedycji znowu przesiadka na s/y „Nashachata” i w drogę…najpierw Falklandy i Południowa Georgia i dalej w planach wyspy Oceanu Południowego. Na Falklandach zszedł jeden członek załogi, któremu przypomniało się, że jednak ważne sprawy rodzinno-zawodowe nie pozwolą mu kontynuować rejsu. W Grytviken, na Południowej Georgii inny członek załogi, który często korzystał ze swojej prywatnej komórki satelitarnej dowiedział się, że teść jest chory, a jego stan zdrowia na tyle ciężki, że postanowił ruszyć na ratunek. Ale na Południowej Georgii nie ma lotniska, nie ma też hotelu, gdzie można byłoby poczekać, aż pojawi się jakiś statek mogący zabrać pasażera. Szczęściem pojawił się m.v. „Hanseatic”, którego kapitanem był mój przyjaciel. Po krótkiej konsultacji z armatorem miał zgodę na awaryjne zabranie mojego członka załogi. Był jednak problem, „Hanseatic” nie płynął prosto do Ushuaia, tylko zaczynał właśnie swój antarktyczny rejs. Okazało się, że to nie było przeszkodą, w końcu teść może trochę poczekać. W trakcie manewrów portowych na odejściu Tomek zranił się szpetnie w lewą dłoń. Pani doktor, która była na stacji badawczej, zeszyła mu ją starannie. To był kolejny problem, Tomka nie można było zostawić, po kilku dniach obserwacji procesu gojenia się ręki, konsultacjach i dywagacjach zdecydowaliśmy się pożeglować do Kapsztadu, skąd Tomek mógł wrócić samolotem do Polski.
W drodze kolejny członek załogi zranił się szklanką w prawą dłoń, a z nim trzeba było spieszyć się jeszcze bardziej. W prawdzie Graham opatrzył go jak umiał, ale doktorem on nie był. Dopłynięcie w wyznaczonym czasie do Australii stawało się coraz mniej prawdopodobne i wszyscy zdecydowali zakończyć rejs w Kapsztadzie. Armator zorganizował załogę, która gotowa była przylecieć do Południowej Afryki i popłynąć do Melbourne. Czasu było niewiele, chcieliśmy zdążyć na czas, na etap zabukowany z Nowej Kaledonii. Mimo wszystko po drodze udało się odwiedzić wyspy Crozet, a także wyspę Amsterdam, o której czytałem już dawno temu. W latach 1841 – 51 była ona własnością Adama Mierosławskiego, brata słynnego skądinąd Ludwika. Z tej wizyty cieszyłem się szczególnie. Gdy dopłynęliśmy do Melbourne, termin dotarcie do Noumea na Nowej Kaledonii, naglił na tyle, że nie można było nawet marzyć o wycieczce na Górę Kościuszki. Misja wysypania ziemi z Kopca Kościuszki na Górze Kościuszki została przekazana Polonusowi, Lechowi Laskowskiemu.
Z przywiezieniem lub wysypaniem ziemi różnie bywa. Pawlak z „Samych swoich” miał podobny problem, gdy przyjechał do niego brat ze Stanów po woreczek ziemi z Krużewnik.
Minęły lata zanim nadarzyła się kolejna okazja popłynięcia do Australii i mentalnego zakończenia rejsu zaczętego w roku 2008 na śp „Nashachata”.
W roku 2014 s/y Selma płynęła etapowo z Ameryki Południowej do Australii. Rejs odbywał się pod ogólnym hasłem” Śladami kapitana Cooka” – trudno jest żeglować przez Pacyfik i nie trafić na ślady kapitana Cooka. Moją część rejsu zaczynałem na Tonga. Stąd popłynęliśmy przez Fidżi, Vanuatu, Nową Kaledonię do Brisbane w Australii. Tym razem byłem już przygotowany. Na pobyt w Australii przewidziałem 2 tygodnie. Nie jest to wiele jak na Australię, ale po tak długim rejsie było to wszystko, na co mogłem sobie pozwolić, a niebawem czekał mnie następny wyjazd do pracy. Tym razem moja wiedza na temat Wielkopolanina, Pawła Edmunda Strzeleckiego wzrosła niepomiernie. Okazało się nawet, że mamy „wspólnych znajomych “; Darwin, którego śladami żeglowałem w roku 2008, dotarł do Sydney na HMS „Beagle” 12 stycznia 1836 roku, a Strzelecki na barku „Justine” 10 kwietnia 1839 roku, czyli niecałe3 lata później. Gdy po latach, w roku 1845 Strzelecki opublikował w Londynie swoje wiekopomne dzieło „The Physical Description of New South Wales and Van Diemen’s Land” (Fizyczny opis Nowej Południowej Walii i Ziemi Van Diemena), Darwin, w podziękowaniu za podarowany mu egzemplarz tak pisał: „Gratuluję Panu ukończenia pracy, która z pewnością kosztowała wiele wysiłku i jestem zaskoczony wielością doniosłych spraw, o których Pan pisze. Niech mi wolno będzie wyrazić żal, że nie ma tam o wiele obszerniejszych wyjątków z 'Dziennika podróży’. Mam nadzieję, że pewnego dnia zostanie on opublikowany w całości
Z całego serca życzyłbym sobie, żeby, choć czwarta część naszych angielskich autorów umiała myśleć i pisać językiem, choć w połowie tak żywym a przy tym prostym”. Dzieło to osiągnęło światową sławę w geografii. Nasz rodak P. E. Strzelecki otrzymał za nie złoty medal Royal Geographical Society. Ten tom, liczący niemal 500 stron, spotkał się z bardzo przychylnymi recenzjami w prasie angielskiej i australijskiej. Na długo też stał się pracą fundamentalną dla wiedzy o Australii, a Strzeleckiemu zapewnił wysoką pozycję w świecie naukowym i otworzył drzwi salonów londyńskiej high society.
Logistyka i podkład teoretyczny naszego 2-tygodniowego pobytu w Australii uwzględniania 3 protagonistów: Pawła Edmunda Strzeleckiego, Josefa Conrada, no i oczywiście kapitana Cooka.
W prześledzeniu peregrynacji Strzeleckiego bardzo pomogła strona internetowa Moniki i Norberta Oksza – Strzeleckich z Poznania całość prześledziła i opracowała moja towarzyszka podróży, Krystyna Meglicka.
Na ślady Strzeleckiego, lub jego działalności trafić w Australii nietrudno. Już w Brisbane piłem piwo „Kosciuszko”, a kelnerka niemal prawidłowo wymieniała jego nazwę. Swoją drogą, to anglojęzyczni mają pecha z tymi nazwami, bo zarówno słowo Strzelecki jak i Kościuszko są dla nich trudne do wymówienia.
W pierwszej kolejności chciałem nadrobić moralne niemal zobowiązanie z roku 2009-tego i dostać się na szczyt najwyższej australijskiej góry, Mt. Kościuszko. Jadąc od Canberry w jej kierunku przejeżdża się przez miasteczko Cooma, przed wjazdem, do którego, znajduje się pomnik poświęcony Kościuszce, z tablicą informującą, że był to polski bojownik o wolność. W samym miasteczku mieszka daleki krewny Strzeleckiego – Les Strzelecki. Punktem wyjściowym do zdobywania góry jest miejscowość Jindabyne, w parku postawiono pomnik Strzeleckiego a w mieście można spotkać wiele nazw Kosciuszko – biuro maklerskie, restauracja itd.
Na szczycie znaleźliśmy się 09.11.2014 roku. Był to początek australijskiej wiosny, wiał silny przeciwny wiatr, po drodze trzeba było przechodzić przez pola śniegowe. Patrząc ze szczytu na okolicę u podnóża góry i na cały łańcuch aż trudno było sobie wyobrazić, w jakich warunkach podróżował nasz rodak w pierwszej połowie XIX w. Tu i wtedy nastąpiło mentalne zakończenie wyprawy „Od Kopca do Góry Kościuszki” zaczętej w 2008 roku.
Góra Kościuszki znajduje się w masywie Gór Śnieżnych (Snowy Mountains), w odległości około pięciuset kilometrów na południowy – zachód od Sydney. Kosciusko Mountain – 2228 m n. p. m. przypomina faktycznie Kopiec Kościuszki w Krakowie. Na jej szczycie znajdują się dwie tablice; Pierwsza z nich informuje, iż 15 lutego 1840 roku polski podróżnik Paweł Edmund Strzelecki, jako pierwszy biały człowiek wszedł na najwyższy szczyt Australii i nazwał go, kierując się podobieństwem tej góry do Kopca Kościuszki w Krakowie. Druga z tablic została wmurowana przez przedstawicieli polskiej placówki dyplomatycznej, w setną rocznicę pierwszego wejścia.
Dalsza trasa podróży śladami Strzeleckiego wiodła na Tasmanię. I tu kolejny „znajomy” – John Franklin, znany wielu żeglarzom z ekspedycji, która w roku 1845, na HMS „Erebus” i HMS „Terror” wyruszyła zbadać ostatecznie Przejście Północno Zachodnie. Wyprawa się nie powiodła, przepadli wszyscy, ale przedtem, w latach 1838 – 43 John Franklin był gubernatorem Tasmanii. Strzelecki przypłynął do Tasmanii na zaproszenie jego żony, Jane, którą poznał u George Gippsa, gubernatora Nowej Południowej Walii. Do Hobart wpłynął Strzelecki 24 lipca 1840 roku na pokładzie brygu „Emma”
Krótko po przybyciu otrzymał od gubernatora list powitalny. John Franklin zaproponował znanemu już badaczowi Australii daleko idącą pomoc i wsparcie w dalszych badaniach. Strzelecki bywał gościem w jego domu. Na Tasmanii odbył 3 duże wyprawy, m. in. odkrył pokłady węgla kamiennego, opracował system irygacji terenów interioru, co szybko stało się źródłem bogactwa rolniczej Tasmanii. Jego prace w dziedzinie paleontologii i geologii do dzisiaj budzą podziw uczonych.
W grudniu 1841 roku wziął udział w dwumiesięcznej wyprawie morskiej pod dowództwem kapitana J.L. Stokesa. J.L Stokes był towarzyszem podróży Darwina i dzielił z nim kabinę w czasie słynnej
5-letniej wyprawy HMS „Beagle” dookoła świata. Podczas wyprawy badano wyspy w Cieśninie Bassa (cieśninie między Australią a Tasmanią). Na Wyspie Flindersa Strzelecki wspiął się na najwyższy szczyt, który potem Stokes nazwał Strzelecki Peaks.
Na Tasmanię mieliśmy przeznaczony tydzień, trudno w tym czasie prześledzić wszystkie miejsca, gdzie przebywał Strzelecki, tym bardziej, że podróżnik spędził tu 2 lata, a podróżach swoich często posuwał się zygzakiem. Z Hobart pojechaliśmy na północ drogami interioru, a z powrotem wzdłuż wschodniego wybrzeża. Odwiedzaliśmy miasteczka, w których przebywał Strzelecki i gdzie jeszcze teraz można było odczuć ducha tamtejszej epoki i choć trochę wyrobić sobie pogląd na temat ogromu jego badawczych wypraw. Podróż zakończyliśmy także w Hobart. Hotel, w którym mieszkaliśmy leżał bezpośrednio nad rzeką Dervent naprzeciwko zatoki Otago Bay, na której brzegu spoczywa wrak „Otago” – statku dowodzonego niegdyś przez Josepha Conrada. Okres dowodzenia nie był szczególnie długi, bo od 24 stycznia 1888 do 26 marca1889 roku, ale brzemienny w skutki literackie. W tym czasie żeglował na trasie m. in.: Bangkok – Sydney – Mauritius – Cieśnina Torresa – Melbourne – Adelaide. Doświadczenia wyniesione z tego rejsu wywarły na nim głębokie piętno. Conrad dał temu wyraz w „Smudze cienia“ i w „Zwierciadle morza” Wrak „Otago” spoczął w obecnym miejscu w roku 1931, czyli „przeżył” swego najsłynniejszego kapitana o około 7 lat.
W Hobart spotkałem się z Chrisem Nelsonem, swoim dawnym towarzyszem podróży z ekspedycji ICESAIL, której celem było okrążenie Bieguna Północnego na jachcie „Dagmar Aaen”. W latach 1992 i 94 próbowaliśmy przebić się przez Przejście Północno Wschodnie, ale szczęście nam nie sprzyjało za to Chris znalazł wtedy swoje szczęście – Swietę, z którą się ożenił i do tej pory żyją szczęśliwie. W 1993, gdy przeszliśmy całe Przejście Północno Zachodnie Chrisa nie było. Także nie było go, w 2002, gdy wreszcie udało nam się przebyć Przejście Północno Wschodnie. Po tylu latach niewidzenia się rozpoznaliśmy się bez problemu, mimo że głowy nam w międzyczasie posiwiały. Było, co wspominać. Chris jest inżynierem obsługującym helikoptery. Na naszej wyprawie był pilotem motolotni, która była na wyposażeniu jachtu.
Z Hobart pojechaliśmy na wycieczkę samochodową na wyspę Bruny leżącej nieco na południowy wschód od Hobart. Cieśninę D’Entrceasteaux oddzielającą wyspę od Tasmanii, przebyliśmy promem. Naszym celem była Adventure Bay. Nazwa została nadana w 1773 roku przez Tobiasa Furneaux, kapitana HMS „Adventure” biorącego udział w drugiej wyprawie Cooka. Sam James Cook dowodził wtedy HMS „Resolution”. W zatoce tej kotwiczył jednak dopiero w czasie swojej trzeciej i ostatniej wyprawy w roku 1777. Słynny kapitan William Bligh, który wtedy piastował u Cooka stanowisko Sail Master (funkcja zbliżona do pierwszego oficera) odwiedził ją jeszcze 4 razy, a ostatnio jeszcze jako kapitan HMS „Bounty”, pod koniec sierpnia 1788 roku, krótko przed wybuchem słynnego buntu. W czasie rejsu „Selmy” przecinaliśmy już wcześniej jego kilwater w archipelagu wysp Tonga. Zarówno Cook jak i Bligh kotwiczyli swe statki w tej samej zatoce i zaopatrywali statki w wodę z tej samej rzeki.
Wyspy Bruny składają się z dwóch wysp połączonych z sobą naturalną groblą / mierzeją – tombolo.
Prowadząc samochód przez tą stosunkowo długą drogę zastanawiałem się nad podróżami i życiem Strzeleckiego;
Po czteroletnim pobycie Strzelecki opuścił Australię i od 1844 roku zamieszkał na stałe w Anglii.
W 1860 r. otrzymał tytuł doctor honoris causa Uniwersytetu w Oxfordzie, a w 1869 r. order św. Michała i św. Jerzego, przyznany mu za „czteroletnie badania Australii, odkrycie złota i nowych terenów przydatnych do kolonizacji, a wreszcie za sporządzenie map topograficznych i geologicznych, opartych na obserwacjach astronomicznych” – jak głosił dokument uzasadniający nadanie orderu. Brytyjska Królowa Wiktoria dwukrotnie udekorowała Go Komandorią Orderu Imperium Brytyjskiego oraz Komandorią Orderu św. Michała i św. Jerzego. Sir Paweł Edmund Strzelecki uzyskał tytuł lorda na brytyjskim dworze za to, że odkrył w Australii pokłady złota i innych metali kolorowych.
Jego imieniem nazwano: pasmo górskie w południowo-wschodniej Australii w stanie Wiktoria,
2 szczyty, jezioro I rzekę w Australii. Jego nazwisko znalazło się też w nazwach gatunkowych roślin i zwierząt. Po studiach na temat Strzeleckiego pokusiłem się o sformułowanie, że Paweł Edmund Strzelecki, to polski Alexander von Humboldt. Dopiero nieco później trafiłem na informację, że Historiografia nauki XIX wieku (John Reynolds, Bernard Cronin) stawia go na równi z tak wybitnymi naukowcami tego wieku jak Humboldt, Franklin, Darwin i Wallace.
Czy Strzelecki był żeglarzem?
Z pewnością nie, ale był pierwszym Polakiem, który odbył indywidualną podróż naukową dookoła świata. Uświadomiłem to sobie 16 listopada 2014 r., jadąc samochodem na mierzei łączącej dwie części wyspy Bruny.
patrz Galeria