Aktualności
Z Picton do Auckland
W Picton na barce-muzeum o nazwie "Echo", która jest jednym z najstarszych zachowanych żaglowców z pomocniczym napędem parowym, zostawiamy nasz rejsowy proporczyk, który przez gospodarzy został umieszczony na honorowym miejscu na ścianie z pamiątkami. Jesteśmy na pewno jednym z niewielu polskich jachtów, które zawinęły do tego portu na drugim końcu świata. Miejscowi Kiwi twierdzą, że w ogóle pierwszym polskim jachtem, który tu widzą! 5 Grudnia 2009 o 08.00 wychodzimy z Picton, które słynie z tego, że jest tutaj najwięcej słonecznych godzin w Nowej Zelandii (około 2000 godzin rocznie). I nam też słoneczko w sobotę pięknie zaświeciło. Płyniemy do zatoki Ship Cave, zobaczyć pomnik Cooka. Następnie na Motouara Island do rezerwatu ptaków. Nadal jest rześko, ale niesamowite odgłosy śpiewu ptaków wywabiają wszystkich na pokład. Temperatura nie przekracza 16 stopni C, ale prognozę na Cieśninę Cooka mamy korzystną: wiatr do 20 węzłów z NW. W Ship Bay robimy jeszcze pamiątkowe zdjęcia pod pomnikiem kapitana Cooka i zabieramy się z prądem i wiatrem, aby jak najszybciej znaleźć się znowu w Cieśninie Cooka. Tym razem Neptun (oby dalej był tak łaskawy) wynagrodził nam w pełni nasz pośpiech. W pięknym słońcu, z prądem, pod baksztagową szóstką robimy chwilami 13 węzłów. Oczywiście to prędkość względem dna, bo prąd dodaje nam chwilami jakieś dalsze 5 węzłów. W sumie rekord prędkości został zanotowany i dla pewności udokumentowany zdjęciem dla niedowiarków. Po około dwóch dobach żeglugi zawijamy do Napier. Nawet nie pytamy czy są miejsca w marinie, bo na pewno powiedzą, że miejsc nie ma. Opanowaliśmy do perfekcji technikę rezerwacji miejsc przez tzw. "zaskoczenie". Wymaga to pewnej determinacji, ale działa prawie w 100%. Za radą Pawła, który tu był przed nami prowadząc etap z Auckland do Wellington, wchodzimy do mariny, znajdujemy miejsce gdzie się da przycupnąć, chociaż potrzebujemy minimum 18 metrów pirsu, i szukamy managera lub ochrony mariny. Z natury przyjaźni i gościnni Kiwi mówią, co prawda o jakimś formalnościach i coś o radiu, i o tym, że słuchają na 12, ale i tak wskażą miejsce, dadzą "kody" ( tutaj wszędzie są zamki elektroniczne) i jest OK. Zaraz po wejściu do mariny pojawił się gość w roboczym ubraniu i łamaną polszczyzną powiedział „dzień dobry”. Bogdan, syn emigrantki z transportu 733 polskich dzieci osieroconych przez zesłańców syberyjskich podczas II wojny światowej, zwanymi „ Dziećmi z Pahiatua” przywiezionych do Wellington w 1944 roku, nigdy nie był w Polsce. Matka ma już 90 lat i dalej mieszka w Nowej Zelandii. Serdecznie zachęcaliśmy go do przyjazdu do Polski. Bardzo sympatyczny, pomógł nam bardzo obwożąc po sklepach technicznych. Szukaliśmy łożyska do naszego "heavy duty" odkurzacza przemysłowego, który jedzie z nami z Polski i trochę się przepracował. Ku naszemu zaskoczeniu, już w drugim magazynie przynieśli nam takie łożysko. Ach ta globalizacja! Czasami ma też swoje dobre strony! W Napier staliśmy cały dzień, a marinę w końcu dostaliśmy gratis. Przecież nie zostaliśmy nawet na noc, więc szkoda czasu na wypełnianie papierów. Wychodzimy wieczorem jak zwykle z "high water" i nad ranem opuszczamy śliczną zatokę ",Hawke’s Bay, która miejscowi nazwali także „Wine Country”, słynną z doskonałych białych win nowozelandzkich i świetnej miejscowej kuchni. Z Napier obraliśmy kurs na East Cape, najbardziej na wschód wysunięty przylądek NZ a potem na White Island. Wyspa White Island jest prywatną posiadłością z czynnym wulkanem, na którym zaradni właściciele robią bardzo dobry biznes. Są tylko dwie licencjonowane firmy, które oprowadzają turystów po wyspie. Mamy zgodę na lądowanie, ale niestety jest to niemożliwe. Właśnie kręcą jakiś film. Robimy zdjęcia, wdychamy trochę wyziewów Posejdona, okrążamy wyspę i kierujemy się na Tauronga.
Wszystkie nazwy w NZ mają korzenie maoryskie. Są dla nas bardzo skomplikowane, ale dla Kiwi dość oczywiste. Ale my też robimy postępy! Umiemy już się po Morysku przywitać, podziękować, zapytać " jak się masz", pożegnać. To bardzo proste: "Kia Ora". Te dwa słowa załatwiają cały zestaw naszych skomplikowanych relacji towarzyskich. Tauronga leży w Bay of Plenty (po maorysku Te Moana-a-Toi,)czyli zatoce obfitości, słynną z posiadania wszelkiego rodzaju bogactw naturalnych. Mnie najbardziej kojarzy się ze świetnymi białymi winami (polecamy gazowane Chardoney). Takiego u nas się nie dostanie! Oprócz tego jest to stolica sportów wodnych i pięknych plaż. Niedaleko stąd jest do jeziora Taupo, podobno największego na półkuli południowej.
Od wyspy White Island, przez Tauronga, Rotorua, Waitomo wiedzie tak zwany szlak wulkaniczny. Niezliczone ilości gejzerów z najbardziej znanym Pohutu Gejzer, znajdującym się w parku geotermalnym Whakarewarewa, ,(którego nazwa dla turystów została skrócona do 27 literowego (!) wyrazu „Whakarewarewatangaoteopetau”) z naturalnymi bulgoczącymi kąpielami błotnymi i siarkowymi przyciągającymi tysiące turystów. A trzeba przyznać, że Kiwi zagospodarowali te naturalne wulkaniczne tereny w sposób doskonały. Informacja turystyczna, oznakowanie wszelkich atrakcji, doskonałe darmowe przewodniki powodują, że nie sposób się zgubić, lub też nie daj Bóg - pominąć miejscowe błotko. Odwiedziliśmy też Hidden Valley ( po morysku Orakei Korako) niedługą trasę spacerową w cudownym parku geotermalnym nad jeziorem Ohakuri, o niesamowitych krajobrazach i niespodziankach za każdym zakrętem. Z Tauronga do Auckland jest już całkiem blisko. Postanawiamy po drodze zatrzymać się jeszcze we wspomnianym już Port Fitzroy wchodząc tam wejściem południowym. Polecamy wszystkim żeglarzom lubiącym żeglugę po górskich rzekach. Przesmyk o szerokości około 1 kabla, prąd 7 węzłów, cała naprzód i.... wpadamy do bajkowej, zacisznej zatoki. Woda o kolorze szafiru, wokół góry, za każdym zakrętem nowe wspaniałe, pełne niespodzianek widoki. Wycieczka do wodospadów przez las drzewiastych... paproci, niesamowite zapachy i odgłosy tego tak przecież innego od naszych wyobrażeń lasu, od razy przywodzą na myśl "Władcę Pierścieni" i klimatu tego filmu. Na całej naszej trasie Wellington-Picton-Napier-Tauronga-Great Barier-Auckland nie spotkaliśmy na otwartym morzu żadnego jachtu! Z małym wyjątkiem, do zatoki Port Fitzroy na wyspie Great Barier zawinął piękny katamaran.... z całkowicie Polską załogą. Nic więc dziwnego, że w miejscowej restauracji zwanej dumnie Yacht Klubem zrobił się polski wieczór, bo stanowiliśmy jakieś 80 % wszystkich gości. Nowozelandczycy żeglują głownie weekendowo, rekreacyjnie, raczej "zatokowo", a w marinach, na pięknych motorowych jachtach uprawia się głównie sobotnie grillowanie. Z tej perspektywy takie żeglarstwo, jakie my uprawiamy na jachcie Nashachata, płynąc już prawie 18 miesięcy non stop z Polski, jest tu wyczynem i budzi duży szacunek wśród spotykanej braci żeglarskiej. Wprawdzie tłumaczymy, że się ciągle zmieniamy, bo praca urlopy itp. drobne przeszkody to „szacun” jest! Ale że w marinach gdzie stoją dziesiątki wspaniałych jachtów, jest pięknie i bardzo "morsko" to nam się też tutaj bardzo podoba. Z wyspy Great Barier do Auckland to już tylko kilka godzin żeglugi. Wcześniej dzwonimy do kilku marin, ale już po pierwszych telefonach wiemy, że nie ma na co liczyć. Jest sobota po południu, wszyscy mają weekend, obsługa marin też! Wchodzimy więc późnym popołudniem do Westhaven Marina, największej w NZ z prawie 1800 miejscami postojowymi, przeświadczeni, że na pewno nie ma wolnych miejsc. Przycupnęliśmy jak zwykle przy pierwszym wolnym miejscu na końcu jednego z kilkudziesięciu pirsów, by stąd szukać ochrony. Odnaleziony sympatyczny Kiwi rozumie, że na noc w morze się nie wychodzi, więc już po chwili mamy "kody" i miejsce do poniedziałku. Wtedy rano pojawi się całe biuro i niech się martwią, co z nami zrobić. Kia Ora!
Post scriptum.
Już poniedziałek okazało się, iż jest tu taki Kiwi, który ma wykupione miejsce w marinie, ale na razie nie ma jachtu. Może sobie kupi jakąś łódkę w przyszłym roku, więc na wszelki wypadek trzyma to miejsce. W ten sposób Nashachata ma gdzie stać, co najmniej przez najbliższy miesiąca praktycznie do końca stycznia, kiedy to przyjeżdża załoga z Wrocławia.Teraz jest czas dla jachtu. Tomek Głowacki ma już ekipę która już po świętach zaczęła przegląd jachtu i naprawę wszelkich usterek. W lutym będziemy gotowi do pokonania następnego Oceanu. „Pacyfik Route” przed nami. Informacja na temat tego następnego egzotycznego etapu wkrótce na naszej stronie. ZAPRASZAMY NA POKŁAD!
Ahoj przygodo!
Zbigniew Jalocha
Concept Sailing Team.




