Aktualności


Wrażenia z rejsu Amsterdam-Dublin

Miałam tę przyjemność żeglować na s/y Nashachata z Amsterdamu do Dublina i bez zbędnej nostalgii powiem, że ciężko było wysiąść w Dublinie i patrzeć, jak Wuju z nową załogą zajmuje nasze wygrzane miejsca.

Wygląda na to, że Neptun był dla nas łaskawszy niż Posejdon dla kolejnej załogi.
Nasz etap rozpoczął się od dwóch dni, a właściwie dwóch dób włóczęgi po Amsterdamie. I wydawało się, że to było najpiękniejsze - do czasu wejścia na pokład.
Wyjście z Amsterdamu przełożyliśmy z nocnego niedzielnego na poniedziałkowy poranek po tym, jak zobaczyliśmy jak upakowane były jachty w marinie. Aby jeden jacht wypłynął, trzeba było ruszyć kilka innych. A kto lubi być budzony w środku nocy do dziwnych, nikomu niepotrzebnych manewrów.... :)

Po drodze zawinęliśmy do Ijmuiden, celem zakupu szpachli, banderki i kilku innych bibelotów niezbędnych na jachcie. Ci, którym przyszło tam wędrować, wiedzą jak daleko jest to małe miasteczko od mariny....

Zniecierpliwiona załoga złagodniała, gdy ogłoszono, że na obiad będą kotlety schabowe :)
I tak w pełnym słońcu rozpoczęliśmy naszą przygodę.
Do Cherbourga, który był naszym następnym portem płynęliśmy w przyjemnej 3 -4. Dopiero 30 mil od Cherbourga przywiało sztormowo. Wygląda jednak na to, że wiatr ten wywołał Tadziu, odgrażając się godziną dopłynięcia do portu.
Tym sposobem, zamiast być w Cherbourgu o 4am, byliśmy tam o 4pm.

Nie wiem, jak innych, ale mnie Cherbourg rozczarował. Spodziewałam się znacznie ciekawszego miasteczka, niż to, jakiej zobaczyłam. Najzabawniejsze wspomnienia, jakie mam, pochodzą z Carrefoura i zakupów jachtowych. Okazuje się, że człowiek zna więcej słów po francusku niż mu się wydaje :)

Po Cherbourgu przyszło nam poślizgać się na prądach do St. Helier na Jersey. Prawie 7 węzłów prędkości prądu, szczególnie w ciemności, robi wrażenie. Szczególnie, że w koło pełno wysp a prędkości własnej jedynie 5 węzełków.
W St. Helier harbour master okazała się tak uroczy, że nam mowę odjęło. Poinformował o tym, jak i gdzie należy robić/ nie robić zakupów i na co uważać.
My jednak pałaliśmy chęcią postawienia stóp na lądzie, który pojawia się i znika. Udaliśmy się na zamek Elżbiety.
Tylko kilku z naszej ekipy wykazało się odpowiednią cierpliwością, by doczekać, aż ścieżka do zamku w pełni się odsłoni, reszta zasiadła w amfibii i kazała się zawieźć.
Jednak pokusa podreptania po dnie tego, co zwykle pod wodą była nie do odparcia i w drogę powrotną wszyscy ruszyli pieszo.
Kolejna poranna wysoka woda wygoniła nas z "wanny" St. Helier i popłynęliśmy do St. Malo.
Atmosfera tego malowniczego miasta, szczególnie starówki urzekła wszystkich. Co poniektórzy zasiedli późnym popołudniem przy winku i zażywało życia :)
inni wybrali się na dalekie wycieczki, byli też tacy, którzy rozpoczęli polowanie na dzikiego francuza.... :)
Zostaliśmy tam jeszcze jeden dzień, by z tęsknotą w sercu odpłynąć do naszego docelowego portu - Dublina.
A o tym następnym razem, jeśli komuś zechce się czytać :)


Data publikacji w serwisie: 2008-07-07
Strony: 1