Aktualności
Perypetie Kapitana Tomka i Jego dzielnej Załogi
Pozycja na 27.08 1200UTC. 04@35,1S W drodze z Fernando do Natal kurs 235 prędkość 7-8Kt, 120Nm do celu.
Dokonania ostatnich dni: w niedzielę o 1945 złowiliśmy doradę (dolphin fish) niewielką 70cm,
ale był pyszny obiadek w poniedziałek, we wtorek w godzinach porannych zacumowaliśmy na boi w Baia de San Antonio przy Fernando de Noronha.
Część załogi udała się pontonem na ląd, a reszta przygotowywała się do nurkowania ,
niestety tych na lądzie zaczepiła policja i zarządała dokumkentów, a nas z boi przepedził jej właściciel.
Ale nie ma tego zległo...Stanęliśmy na kotwicy, która dzielnie trzymała nawet na wietrze 25 Kt,
A po o kazaniu dokumentów okazało się ,że jesteśmy juz odprawieni na Brazylię i możemy bez wizy przebywać 60 dni.
Po odprawie część lądowa załogi wypożyczyła.... właśnie co?
Bo samochód to na pewno nie był i na dodatek miał zupełnie pusty bak.
Po dopchaniu wehikułu na stację benzynową, ekipa ruszyła na podbój wyspy, niestety Kuba był kierowcą...,
Gdy po paru godzinach pływania i nurkowania na jachcie zaczęliśmy się nieśmiało dopominać przez radio o zmianę nas z wachty kotwicznej, zaczęli cos mętnie zeznawać , ze samochód jest brudny ,że jeszcze chwilkę....
Po jakiejś godzinie opóźnienia ujrzeliśmy kulę błota na czterech kołach i 4 postaci w miarę przypominających naszych kolegów.
Po krótkim instruktarzu i oczyszczeniu na razie szyb z błota wyruszyliśmy,
bardzo szybko bo okazało się że pieniędzy nigdzie na wyspie nie wymienimy,
a obydwa bankomaty nie wypłacą ani Reala.
Przy zapadającym zmierzchu pojechaliśmy na plażę i juz w ciemnościach dojechaliśmy do "lokalu",
który pamiętałem z poprzedniego mojego pobytu jakieś 5 lat temu.
Zaręczam ,że od tamtego czasu nie dokonano w nim najmniejszej inwestycji oprócz zamiatania podłogi,
jednakże po godzinie nie było juz ani jednego wolnego miejsca!
Gdy opychaliśmy się tuńczykiem i degustowaliśmy juz trzecią capirinę podbiegł do nas jakiś obywatel i
kategorycznie zarządał zwrotu bryły błota z kołami.
Grzecznie wyjaśniliśmy, że termin upływa dopiero jutro w południe.
Niemniej pan był absolutnie przekonany, że samochód mamy oddać NATYCHMIAST
(pewnie ktoś mu doniósł, że Kuba pozazdrościł Kubicy i usiłował unicestwić ten niezniszczalny ze swojej
natury pojazd).
Efekt był taki, że gość odzyskał rzęcha, Marek nie zapłacił ani grosza,
a tubylec udał się na najbliższy posterunek policji, aby w majestacie prawa egzekwować od nas swe wierzytelności.
Poczekaliśmy chwilkę , aby nie strącić twarzy i majestatycznie uddaliliśmy się w kierunku postoju Taxi.
Po przybyciu do portu okazało się, że nie mamy miejscowej waluty, by zapłacić za kurs i taksówkarz już był
gotów udać się na najbliższy posterunek policji aby.... na szczęście nawinęli się żeglarze
z jedynego oprócz nas jachtu na redzie i zapłacili za nas nalezność za kurs.
Po powrocie na jacht - mimo że mieliśmy zostać "do jutra", ciemnej choć oko wykol nocy i sporego tłoku w zatoce - załoga jednogłośnie wyraziła chęć płynięcia dalej. Co biedny kapitan miał robić - wydał rozkaz "rwać kotwicę" i po godzince kluczenia wydostaliśmy się n a czystą wodę.
Twój oddany Kapitan.




